Spółka musi rozliczyć się z wierzycielami. Posiadacze obligacji firmy mają wątpliwości , czy rozliczenie będzie sprawiedliwe.
Próchnik urósł na kredyt, ale nie zarobił na spłatę zobowiązań / DGP
Upadłość Próchnika została ogłoszona ponad pół roku temu. Mimo to odzież z metkami Próchnika wciąż trafia na rynek. To efekt orzeczenia sądu: w czerwcu 2018 r. postanowił on o likwidacji spółki, ale pozwolił jej na kontynuację działalności. Próchnik ma zapasy jeszcze na kilka miesięcy. Towar z magazynów wyprzedaje za pośrednictwem internetu. A syndyk czeka na wycenę biegłego, żeby wystawić majątek firmy na sprzedaż. To, że marka wciąż żyje, powinno cieszyć posiadaczy obligacji. Dzięki temu wolniej traci na wartości, a to właśnie na niej ustanowione zostało zabezpieczenie.
Problem w tym, że kiedy pod koniec 2015 r. spółka emitowała obligacje o wartości 12 mln zł z oprocentowaniem w wysokości stawki WIBOR powiększonej o 6 pkt proc. marży, to sprzedawała ubrania z logo „Adam Feliks Próchnik”. To na nim ustanowione jest zabezpieczenie na rzecz obligatariuszy. A obecnie na metkach jest sam Próchnik.
Reklama
– Analizy specjalistów mówią, że jeśli spółka dokonałaby rejestracji w Urzędzie Patentowym nowego znaku Próchnik, a następnie działalność firmy zostałaby sprzedana właśnie z tym znakiem, to mielibyśmy do czynienia z próbą oszustwa i mielibyśmy problem. Bo pieniądze, zamiast w pierwszej kolejności trafić do nas, zostałyby równomiernie rozdzielone między wszystkich wierzycieli – mówi Przemysław Mazurek, pełnomocnik członka rady wierzycieli Próchnika, swojego ojca Tadeusza Mazurka, który zainwestował w obligacje firmy.
– Pan Mazurek wykreował sztuczny problem, który szkodzi wartości marki i działa na niekorzyść obligatariuszy. Intencja ustanowionego zabezpieczenia jest taka, żeby obejmowało ono całość marki Próchnik, bez względu na to, pod jakim logo spółka sprzedaje produkty – uważa Julian Kutrzeba, prezes Próchnika. Jest przekonany, że pieniądze ze sprzedaży marki trafią do posiadaczy obligacji.

Reklama

Powrót i rozstanie

Zamieszanie ze znakami towarowymi jest skutkiem obranej przez firmę w ostatnich pięciu latach strategii, która doprowadziła do jej odrodzenia, a następnie upadku.
Adama Feliksa Próchnika, urodzonego pod koniec XIX w. we Lwowie polskiego działacza socjalistycznego, spółka pozbyła się ze swojej nazwy przed wejściem na GPW w 1991 r. Z grupy pięciu spółek notowanych na pierwszej giełdowej sesji to Próchnik wytrwał najdłużej. Z rynku zniknął przed dwoma tygodniami.
Na pomysł, by wrócić do dawnego patrona, wpadł Rafał Bauer. Znany w branży odzieżowej menedżer, kierujący wcześniej także notowaną na GPW Vistulą, szefem Próchnika został w 2013 r. Marka Adam Feliks Próchnik miała być „coraz bardziej emocjonującą przygodą z modą i historią Polski”. Inspiracją dla ubrań z metką AFP stały się m.in. bitwa o Anglię czy o Monte Cassino z czasów II wojny światowej. Próchnik odżył, ale poniesione na ekspansję wydatki nie zostały zrekompensowane przychodami. Spółka nie była w stanie regularnie zarabiać. Bauer zrezygnował z prezesowania Próchnikowi w lipcu 2017 r. Jedną z pierwszych decyzji Juliana Kutrzeby, który go zastąpił, był powrót do marki Próchnik.
– Militarny klimat stworzony wokół marki AFP nie pasował do naszych produktów. To jedyny powód zmiany, nie było intencji, żeby pozbawić obligatariuszy zabezpieczenia – mówi Kutrzeba.
Opinie prawników, czy spółka powinna zgłosić nowe logo w Urzędzie Patentowym, były podzielone, ale Próchnik zdecydował się rozpocząć procedurę.
Według Przemysława Mazurka intencje firmy nie były czyste, bo próbę rejestracji nowego znaku podjęła, nie informując o tym obligatariuszy. Zgłoszenia dokonała po terminie zapadalności obligacji i po terminie zgłoszenia do sądu wniosku o otwarcie sanacji. – W kwietniu zeszłego roku, już po złożeniu do sądu przez Próchnika wniosku o otwarcie postępowania sanacyjnego, w trakcie spotkania z zarządem, na którym byliśmy przekonywani do zawarcia porozumienia i udzielenia pozwolenia spółce na przeprowadzenie restrukturyzacji, usłyszeliśmy sugestię, że być może nasze zabezpieczenie nie jest tak dobre, jak nam się wydaje. I zaczęliśmy sprawdzać, także w Urzędzie Patentowym. Okazało się, że 4 kwietnia spółka po cichu złożyła wniosek o rejestrację nowego znaku „Próchnik” – relacjonuje Mazurek.
Przekonał on administratora zastawu, firmę BWHS, żeby przyłączyła się do sprzeciwu wobec rejestracji znaku „Próchnik”. Pod koniec stycznia Urząd Patentowy poinformował, że rozpoczął procedurę rozpatrywania sprzeciwu. Według niego firma powinna wniosek zawiesić, wycofać lub rozszerzyć zabezpieczenie na rzecz obligatariuszy, tak żeby mieścił się w nim także zgłoszony do rejestracji nowy znak. – Wtedy deklaracje właścicieli i zarządu spółki o braku chęci oszukania kogokolwiek znalazłyby potwierdzenie w czynach – mówi Mazurek.
Julian Kutrzeba potwierdza, że sugestia o możliwych wątpliwościach wokół zabezpieczenia padła, ale była ona elementem negocjacji z obligatariuszami. – Złożyliśmy wniosek o sanację, mieliśmy plan na spłatę zobowiązań i musieliśmy przekonać posiadaczy obligacji, żeby dali nam więcej czasu – mówi.

Zabezpieczenie na majątku akcjonariuszy

Pierwotnie firma powinna wykupić obligacje w grudniu 2017 r. W tym terminie Próchnik spłacił proporcjonalnie wszystkim posiadaczom papierów dłużnych 10 proc. zobowiązań. Resztę pieniędzy mieli dostać za cztery miesiące. W zamian otrzymali wyższe o 1 pkt proc. odsetki, a Maciej Zientara, który razem z Maciejem Wandzlem kontroluje spółkę Soho Development, głównego akcjonariusza Próchnika, obiecał objęcie nowej emisji akcji. Z tego zobowiązania się nie wywiązał. Tłumaczył to m.in. zmianami w prawie na początku 2018 r., które wprowadziły dużo niejasności w kwestii opodatkowania operacji podwyższenia kapitału.
Według Mazurka niezrealizowana obietnica objęcia nowej emisji, z której miały być spłacone obligacje, zburzyła zaufanie obligatariuszy do spółki. W zmian za wydłużenie terminu spłaty o rok – jak proponowała firma – zażądali ustanowienia zabezpieczenia na prywatnym majątku Zientary i Wandzla. Negocjacje upadły. 9 kwietnia ub.r. sąd przychylił się do wniosku Próchnika o otworzenie postępowania sanacyjnego.
– Torpedowanie postępowania sanacyjnego przez część obligatariuszy było błędem. Działali zgodnie z prawem, ale w ten sposób pozbawili się możliwości odzyskania maksymalnie dużej części kapitału. W ramach postępowania sanacyjnego mogliśmy sprzedać firmę razem z brandem, najlepszymi sklepami i personelem, ale bez zobowiązań. Cena byłaby wysoka. Chętni na kupno Próchnika byli – uważa Kutrzeba.
Każdy z obligatariuszy dysponował wystawioną przez Próchnika klauzulą o dobrowolnym poddaniu się egzekucji. Część posiadaczy papierów dłużnych z niej skorzystała. Mimo że Próchnik starał się walczyć w sądzie o ich zawieszenie, to za pośrednictwem komornika obligatariusze wymusili na spółce zgłoszenie wniosku o upadłość, po pięciu tygodniach od otwarcia postępowania sanacyjnego.
– W procesie egzekucyjnym oszacowaliśmy, że od złożenia wniosku o sanację do orzeczenia o upadłości przez konta spółki powinno przepłynąć ok. 7 mln zł. Tymczasem komornik odzyskał jedynie ok. 1 mln zł, co pokazuje, że firma zrobiła dużo, żeby nas nie spłacić – mówi Mazurek. Próchnik ma im do oddania 10,5 mln zł. Całość zobowiązań z rezerwami to 47 mln zł.
Julian Kutrzeba przyznaje, że część gotówki poszła na wypłaty dla pracowników sklepów dokonywane ze zgromadzonego w kasie utargu. Sieci detalicznej Próchnika już nie ma, bo syndyk Katarzyna Uszak (nie odpowiedziała na nasze pytania) wypowiedziała galeriom handlowym umowy najmu. I czeka na wycenę reszty majątku spółki.

Nieruchomości i marka na sprzedaż

Najpierw pozbędzie się trzech nieruchomości, na których też zabezpieczeni są posiadacze obligacji. Przy ustanawianiu zabezpieczenia były wyceniane na 14 mln zł, ale w raporcie finansowym Próchnika za III kw. 2018 r. już tylko 6 mln zł. Potem ma być sprzedana zorganizowana część przedsiębiorstwa: marka, sklep i domena internetowa oraz pozostały towar. W praktyce to wartość marki zadecyduje, ile pieniędzy wpłynie na konta Próchnika i trafi do jego wierzycieli. Kutrzeba uważa, że będzie to mniej niż 18 mln zł, na które opiewała wycena sprzed trzech lat: kilka milionów. – Proces sprzedaży może nie zakończyć się szybko. A wartość marki będzie z czasem maleć. I na pewno nie służą jej działania części obligatariuszy. Potencjalny nabywca wykorzysta je do zbicia ceny – ocenia.