Stworzyliśmy przepisy w amerykańskim stylu. Rodem z USA było też nasze do nich podejście i wizja. Sęk w tym, że zamiłowanie do procedur oraz szybkość postępowań pozostały polskie – przyznaje Jerzy Kozdroń, były wiceminister sprawiedliwości, twórca dużej reformy prawa upadłościowego i restrukturyzacyjnego.
Reklama
– Trzeba uporać się jeszcze z wieloma problemami. Rzeczywiście sprawy trwają zbyt długo, a przedsiębiorcy cierpią. W efekcie bywa tak, że po kilku latach z niczym zostają i dłużnik, i wierzyciel – dodaje Marcin Warchoł, obecny wiceszef resortu sprawiedliwości.

Kilkuletnia szarpanina

Wyobraźmy sobie spółkę zatrudniającą 40 osób, która popada w finansowe tarapaty. Nawet nie ze swojej winy – przede wszystkim ze względu na zatory płatnicze. Sam pomysł na biznes ma dobry, ale niektórzy kontrahenci okazali się nieuczciwi. W efekcie spółka jest w zapaści, choć jeszcze nie zatonęła. Jej szefostwo słyszało o coraz lepiej działającym prawie upadłościowym i restrukturyzacyjnym, słyszeli o tym też wierzyciele.
Zaczyna się więc reanimacja. Postępowanie restrukturyzacyjne, nie wdając się w szczegóły, może mieć cztery formy: postępowanie o zatwierdzenie układu, przyspieszone postępowanie układowe, postępowanie układowe oraz sanacja. Nic nie stoi na przeszkodzie, by przechodzić z jednego etapu do drugiego. Gdy jest już źle – w stronę sanacji, gdy lepiej – wracać szczebelek wyżej, oddalając się od otchłani.
Jednak gdy restrukturyzacja się rozpoczyna, kondycja naszej wyobrażonej firmy tylko się pogarsza. Wierzyciele się skrzykują, bo chcą jak najwcześniej odzyskać pieniądze. Prezes spółki zostaje zmuszony do coraz większego angażowania się w proces restrukturyzacji kosztem prowadzenia biznesu – w ciągu roku musiał np. osiem razy pojawić się w sądzie w związku z różnymi procedurami. Szybko okazuje się, że restrukturyzacja zaczyna pochłaniać 30 proc. przychodów spółki. Miało być lepiej, a po półtora roku jest gorzej, wszyscy są rozgoryczeni i zmęczeni. Kolejny rok walki o uratowanie przedsiębiorstwa kończy się bankructwem.
Żeby nie posługiwać się tylko ogólnikami, przywołajmy przykład istniejące go podmiotu. O sprawie grupy kapitało wej Hawe SA i wchodzącej w jej skład spółki Hawe Telekom pisaliśmy w 2017 r. („Mieć Hawe”, Magazyn DGP z 12 maja 2017 r.). Spółka od lat jest wiodącym graczem na naszym rynku telekomunikacyjnym – wielu operatorów dostarczających usługi internetu dla domów korzysta właśnie z jej infrastruktury.
Wszyscy, łącznie z sędziami, chcą być zbyt idealni, a przez to postępowanie trwa za długo. Tymczasem w sprawach upadłościowych i restrukturyzacyjnych najważniejsza jest szybkość – przekonuje Jerzy Kozdroń, były wiceminister sprawiedliwości, twórca reformy
W 2010 r. spółka pożycza od Agencji Rozwoju Przemysłu 100 mln zł na rozwój sieci światłowodowej. W połowie 2014 r. wybucha afera podsłuchowa (taśmy kelnerów) – jej „mózgiem” był skazany niedawno Marek Falenta. Hawe dostaje wówczas rykoszetem – Falenta był większościowym, choć nie dominującym, udziałowcem spółki. To wystarcza, żeby kontrahenci odwrócili się od firmy, a banki przestały udzielać kredytów. Wkrótce Agencja Rozwoju Przemysłu wypowiedziała Hawe umowę pożyczki i – zdaniem prezesa zarządu Hawe Pawła Paluchowskiego – zaczęła przymierzać się do wrogiego przejęcia spółki i jej największego majątku – sieci światłowodowej. ARP dementuje te rewelacje, przyznając, że sprzedaż przedsiębiorstwa jest jedynym dobrym rozwiązaniem. Na pytanie o ewentualną restrukturyzację przedstawiciele ARP odpowiadają, że w nią nie wierzą.
W firmie pojawił się doradca restrukturyzacyjny Wojciech Makuć. Mający poparcie wierzycieli, do dziś jest krytykowany przez prezesa Paluchowskiego za działania na niekorzyść Hawe. Na naszych łamach Makuć odpowiadał, że nie przyczynił się do pogorszenia stanu spółki, za to uchronił ją przed stratami, np. zrywając umowę na kosztowny leasing samochodu prezesa Paluchowskiego.
Kilkuletnia szarpanina nie przyczyniła się do poprawy sytuacji spółki. – Całe to zamieszanie, szczególnie na początku sanacji, sprawiło, że koło nosa przeszły nam wieloletnie kontrakty z dużymi klientami. Nasze myśli nierzadko też były zaprzątnięte kolejnymi spotkaniami z wierzycielami, nie zaś prowadzeniem biznesu. Trudno w takich warunkach uzdrawiać firmę – przyznaje Paweł Paluchowski. Wierzyciele mówią w zasadzie to samo – z tą różnicą, że za winnego uważają Paluchowskiego.
W efekcie od prawie czterech lat trwa przepychanka o jedną z najbardziej znanych polskich spółek. Miesiąc w miesiąc dowiadujemy się o kolejnym „przełomowym” orzeczeniu sądu, w którym przyznano rację a to spółce, a to wierzycielom. O biznesie Hawe mało kto już pamięta. A końca szarpaniny nie widać.

Nie liczy się czas

O prawie upadłościowym i restrukturyzacyjnym piszemy od lat. Najczęściej skupiamy się na tym, że jest lepiej niż kiedyś. I po wielu tekstach dostajemy informacje od czytelników prowadzących biznes, że tak naprawdę dobrze nie jest. Przede wszystkim dlatego, że postępowania ciągną się w nieskończoność, liczba różnych orzeczeń w sprawie jednej spółki potrafi sięgać kilkunastu, a biznes w tym czasie nie działa. Bo który kontrahent zechce podpisać umowę z firmą, o której wiadomo, że jej istnienie wisi na włosku?
– Obawa przed współpracą z firmami będącymi w sanacji jest powszechna. Często wynika to z niewiedzy. Wielu moich klientów nie odróżnia sanacji od upadłości – twierdzi Aleksandra Krawczyk-Giehs mann, doradca restrukturyzacyjny z kancelarii SDZLEGAL SCHINDHELM. – Rynek powszechnie stygmatyzuje firmy będące w restrukturyzacji. Nie ma się co dziwić, skoro wiele takich działań kończy się niepowodzeniem. Czy to przez powolne działanie instytucji rządowych, czy to z tego powodu, że firmy wybierają sanację, gdy korzystniejsza dla wszystkich byłaby jednak upadłość – przyznaje Arkadiusz Pączka, dyrektor Centrum Monitoringu Legis lacji organizacji Pracodawcy RP. I dodaje, że w USA spółka w restrukturyzacji jest postrzegana jako bezpieczna, bo przechodzi pod nadzór sądów oraz instytucji publicznych. W Polsce zaś – zdaniem Pączki – mamy powolne sądy oraz przedsiębiorców decydujących się na otwarcie sanacji na wyrost – w takich realiach kontrahenci nie mogą być pewni przyszłości naprawianej spółki.
– Niestety trudno nie przyznać im racji – mówi Jerzy Kozdroń. Podkreśla, że z reformy prawa upadłościowego i restrukturyzacyjnego jest jednak dumny, bo uchwalone w 2014 r. i 2015 r. ustawy są znacznie lepsze od poprzednich. – Ale nadal istnieją problemy: dobre regulacje giną w morzu procedur. Wszyscy też, włącznie z sędziami, chcą być zbyt idealni, a przez to wszystko trwa za długo. Tymczasem kluczem w tych postępowaniach jest szybkość – wskazuje były wice minister.
Tłumaczy, że gdy na początku lat 90. został przewodniczącym rady miasta, ludzie zaczęli do niego przychodzić i skarżyć się, że wnioskują o różne rzeczy do urzędu i nie dostają żadnych odpowiedzi. – Poszedłem wtedy i się zapytałem, dlaczego urząd nie wydaje decyzji. Usłyszałem: „A bo się boimy, że wydamy złą”. Zdaniem urzędników było lepiej nie wydać żadnej niż wydać jedną złą na 15 dobrych. Podobnie jest teraz z upadłością i restrukturyzacją – uważa Kozdroń.
Wielu przedsiębiorców tak naprawdę woli mieć w ręku nawet negatywną decyzję lub wyrok sądu niż żyć w niepewności. Poza tym niekorzystne dla siebie rozstrzygnięcia w przytłaczającej większości przypadków można zaskarżyć do wyższej instancji, choć wydłuża to postępowanie. Generalnie, zdaniem Kozdronia, lepiej by było, gdyby sędziowie i administracja publiczna byli odważniejsi. W najgorszym razie skrzywdzą nielicznych niesprawiedliwym rozstrzygnięciem, gdy zaś na możliwie najbardziej sprawiedliwe trzeba czekać latami – wówczas krzywdzeni są wszyscy.
Niektórzy jednak sądzą, że mentalność to jedno, a niedoskonałe przepisy – drugie. Aleksandra Krawczyk-Giehsmann mówi nam, że regulacje, które są niedopasowane do otoczenia gospodarczego oraz istniejącej infrastruktury, nigdy nie są dobre. Na sądy przerzucono wiele obowiązków, nie dając im narzędzi do działania. W efekcie największą bolączką postępowań restrukturyzacyjnych i upadłościowych jest często powolne działanie wymiaru sprawiedliwości, zwłaszcza w mniejszych miastach.
Wpływa na to też fakt, że łatwo wykorzystywać procedurę przeznaczoną do ratowania się przed upadkiem do odwlekania upadłości. Sprawy te korkują sądy, w efekcie czego ci, którzy naprawdę chcą wstać z kolan, muszą na nich klęczeć długimi miesiącami. – Przecież dla firmy w restrukturyzacji liczy się przede wszystkim czas. Tymczasem sądy oraz administracja absolutnie nie nadążają za rozwiązaniami rekomendowanymi przedsiębiorcom w toku postępowań restrukturyzacyjnych. Dlatego też rząd powinien ponownie zastanowić się nad większą nowelizacją przepisów z tego zakresu – wskazuje Arkadiusz Pączka.

Syndyk jak patomorfolog

Eksperci jako kolejne źródło problemów wskazują syndyków zajmujących się procedurą upadłości firmy. Zdaniem Arkadiusza Pączki ci wciąż zbyt mocno tkwią w czasach, gdy ich funkcja sprowadzała się do likwidacji spółki. Nie bez powodu w środowisku prawniczym krąży anegdota, że wprowadzić syndyka do spółki to tak, jak pójść z przeziębionym dzieckiem do pato morfologa.
– Nadal często jesteśmy świadkami sytuacji, gdy syndyka obchodzi jedynie to, co można spieniężyć z majątku przedsiębiorstwa – twierdzi Arkadiusz Pączka. Podobnie uważa mec. Bartosz Groele, partner w kancelarii Tomasik, Pakosiewicz, Groele – jego zdaniem doradcy restrukturyzacyjni (mogący sprawować funkcję syndyka) powinni się dzielić i tym samym specjalizować albo w ratowaniu firmy, albo w likwidacji. – W tym pierwszym przypadku trzeba mieć pojęcie o biznesie, którym przyjdzie zarządzać, bądź warsztat pozwalający zarządzać zasobami dłużnika, aby pomóc ratować firmę, a nie ciągnąć ją na dno. W drugim zaś chodzi jedynie o likwidację spółki w sposób korzystny dla wierzycieli – przekonuje.
Kłopotem zresztą jest nie tylko brak wiedzy, lecz także – w wielu przypadkach – chęć wzbogacenia się. Syndyk nie ma żadnego interesu w tym, by skończyć postępowanie jak najszybciej, bo zarabia na tym, że ono trwa. I to zarabia dużo, często w różnych formach, niekiedy mało etycznych. – Nie jest tajemnicą, że część syndyków zatrudnia znajomych rzeczoznawców do wyceny majątku spółki. Idą na to kolosalne kwoty, tym samym uszczuplając majątek firmy i pozbawiając pieniędzy tak spółkę, jak i wierzycieli – zauważa Jerzy Kozdroń.
Rządzący sami widzą, że jest jeszcze sporo do zrobienia. Resort sprawiedliwości dostrzegł problemy związane z syndykami, którzy dbają o własny interes, a nie los przedsiębiorstwa. Niebawem – jak słyszymy – ma zostać uchwalona ustawa, która nadzór nad tą grupą zawodową powierzy ministrowi sprawiedliwości. Niektórzy mówią o upolitycznieniu kolejnej korporacji prawniczej. – Naprawdę Zbigniew Ziobro nie ma interesu w tym, że kogoś skreśli z listy, a ktoś inny się na niej znajdzie. Chodzi o to, by eliminować z zawodu czarne owce. Dziś, jak doskonale widać, takie działają i wystawiają złe świadectwo całej grupie zawodowej, która przecież co do zasady jest uczciwa – spostrzega wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł.
Ma być też szybciej w sądach. A to dzięki uchwalonej przez Sejm 6 grudnia 2018 r. ustawie o Krajowym Rejestrze Zadłużonych, która wprowadzi od 2020 r. regułę digitalizacji akt oraz prawo do przeglądania ich online. Dzięki systemowi teleinformatycznemu możliwa będzie szybka komunikacja między sądami, doradcami restrukturyzacyjnymi i wierzycielami. – Zapowiadany od dawna system ma być filarem gwarantującym sprawność postępowań. Dziś w Poznaniu od momentu wydania decyzji przez sędziego do chwili jej wysyłki z sekretariatu nierzadko mija miesiąc. Kłopotem więc jest nawet nie tyle brak sędziów, co niedobory kadry pomocniczej – zauważa dr Patryk Filipiak, prezes Zimmerman Filipiak Restrukturyzacja SA oraz partner w kancelarii FilipiakBabicz.
Magazyn DGP 1.02.19 / Dziennik Gazeta Prawna
– Krajowy Rejestr Zadłużonych to będzie nowa jakość – zachwala wiceminister Warchoł, bo jego zdaniem cyfryzacja zaradzi większości problemów. Przyznaje, że stworzenie systemu trwało długo, ale to dlatego, że musi być on sprawny i intuicyjny od chwili uruchomienia. – Znamy wiele przypadków, gdy uruchamiano rozwiązania niefunkcjonalne. W tym przypadku będziemy mieli do czynienia od razu z systemem gotowym do użytku – zapewnia.
Czy to rozwiąże bolączki biznesu oraz wierzycieli? Zdaniem Jerzego Kozdronia – niekoniecznie. – To truizm, ale bez zmiany mentalności nie pomoże żaden, nawet najnowocześniejszy system. Niestety, nadal zarówno sędziowie, przedsiębiorcy, jak i wierzyciele są więźniami procedur. Dopóki tego nie zmienimy, dopóty będziemy mogli jedynie narzekać – spostrzega.