Eksperci spodziewają się powrotu do normalności, czyli wzrostu na poziomie zbliżonym do naszego potencjału. Bo paliwa do utrzymania tempa z 2018 r. nie widać.
– W roku 2019 polska gospodarka będzie działała w mniej korzystnym otoczeniu zewnętrznym, co przełoży się na spadek tempa wzrostu. Skala wyhamowania będzie zależała od siły popytu krajowego. O ile konsumpcja prywatna pozostanie głównym motorem gospodarki, to brak inwestycji firm prywatnych, przy wyhamowaniu dynamiki inwestycji infrastrukturalnych, może spowodować zbliżenie się dynamiki PKB w drugiej połowie roku do 3 proc. – takie perspektywy na zaczynające się właśnie 12 miesięcy rysuje Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium. To typowy opis tego, co ma nas czekać w najbliższych kwartałach.
DGP
Reklama
Piotr Kalisz, główny ekonomista Banku Handlowego, tłumaczy, że mniej korzystne otoczenie zewnętrzne to m.in. wiele czynników, które mogą sprawić, że nasi partnerzy handlowi będą kupować mniej, co przełoży się np. na dynamikę polskiego przemysłu. – Mamy niepewność dotyczącą relacji handlowych Chiny – USA. Poza tym skoro sytuacja w Niemczech nie jest tak dobra, jak u progu poprzedniego roku, to trudno się spodziewać utrzymania wysokiej dynamiki wzrostu i u nas – wskazuje analityk.
Efekt: o ile wzrost w 2018 r. jest obecnie szacowany przez ekspertów na 5 proc. lub lekko powyżej, to w 2019 r. spodziewany wynik to 3,7–3,8 proc.

Reklama
Oczekiwane spowolnienie wynika również ze sposobu, w jaki ekonomiści tworzą swoje prognozy. Żeby przewidywać przyspieszenie, ich modele muszą „widzieć” jakiś powodujący je impuls. Jeśli go nie ma, zakładane jest utrzymanie status quo. A jeśli wygasają czynniki, które powodowały przyspieszenie w przeszłości, to oczekiwana jest mniejsza dynamika. Dlatego właśnie eksperci mówią, że w dłuższym okresie wzrost PKB będzie zbliżał się do wzrostu potencjalnego. Analitycy NBP szacują go obecnie na ok. 3 proc. I dlatego prognozy, których horyzont wykracza poza jeden – dwa kwartały w ostatnich latach, zwykle zakładały spadek aktywności gospodarczej.
Dotyczy to również poszczególnych składników PKB. Konsumpcji w poprzednich latach pomagał rząd. Chodzi przede wszystkim o program „Rodzina 500 plus”, który powiększył zasobność portfeli Polaków o ponad 20 mld zł w skali roku. Pozytywny wpływ na popyt mają też inne rozwiązania, np. rosnąca płaca minimalna. Swoje zrobiła również wyjątkowo dobra sytuacja gospodarcza: stopa bezrobocia jest na rekordowo niskim poziomie, a wynagrodzenia w ujęciu nominalnym (czyli bez uwzględnienia inflacji), od kilku kwartałów rosną w tempie nienotowanym od wybuchu kryzysu finansowego ponad 10 lat temu.
– Tempo wzrostu konsumpcji w tym roku nieco spowolni, ale wciąż będzie dość wysokie. Nastroje gospodarstw cały czas są bardzo dobre. A to zwiększa skłonność do wydawania pieniędzy. Płace wciąż mają przestrzeń do tego, by rosnąć o 7 – 7,5 proc. Nie obawiałbym się też, że szybko osłabnie konsumpcja ze strony Ukraińców. Zanim niemieckie przepisy, które umożliwią im przyjazd do tego kraju, w pełni wejdą w życie, minie sporo czasu – komentuje Piotr Kalisz.
Średnia prognoz analityków wskazuje, że konsumpcja w tym roku wzrośnie realnie o niemal 4 proc., wobec 4,6 proc. w 2018 r. Eksperci są jednak zdania, że jesienią dynamika spowolni do 3,7 proc.
W drugiej połowie roku należy oczekiwać też niższego tempa wzrostu inwestycji. Może ono spaść poniżej 6 proc. (cały rok powinien zamknąć się wynikiem nieco powyżej tego poziomu). Zdaniem ekspertów, najlepszy moment do podejmowania nowych projektów minął wraz ze szczytem koniunktury. Obecne prognozy są jednak lepsze niż np. te sprzed trzech czy sześciu miesięcy (w połowie 2017 r. sądzono, że końcówka 2019 r. przyniesie dynamikę inwestycji poniżej 5 proc.). Zawdzięczamy to lepszym od oczekiwań wynikom w III kwartale ub.r.: prawie 10-proc. wzrost podniósł ścieżkę przewidywań również na kolejne okresy.
Dobra koniunktura, w tym rekordy na rynku pracy, powinna się przekładać na wzrost presji inflacyjnej. W poprzednich latach tak się jednak nie działo. Ekonomiści zakładają więc, że podobnie będzie i w tym roku. Zdaniem większości z nich średnie tempo wzrostu cen nie przekroczy 2 proc. Mediana prognoz na grudzień to 2,1 proc. Choć niektórzy są zdania, że pod koniec roku tempo wzrostu cen może lekko przekroczyć nawet 3 proc. Taką prognozę ma np. Grzegorz Maliszewski, choć nie uwzględnia ona przyjętych przed końcem roku rozwiązań, które mają zapobiec wzrostowi cen energii.
Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego, zwraca uwagę, że dla niskich prognoz inflacji w 2019 r. znaczenie ma zachowanie się cen w poprzednich 12 miesiącach. – Przyznam, że nie spodziewałam się, że inflacja w końcu 2018 r. będzie tak niska. Może to być mniej niż 1,1 proc. Wiele zależy od tego, co GUS pokaże w cenach paliw i żywności. Te pierwsze oparte są na kosztach ropy, a tu nie widać czynników, które miałyby podbijać notowania. Jeśli chodzi o żywność, to w ostatnich dwóch latach wzrosty były bardzo niewielkie – przypomina analityczka.
W ankiecie DGP wzięły udział następujące instytucje: BGK, Bank Handlowy, Bank Millennium, BOŚ, Bank Pekao, Bank Pocztowy, Credit Agricole Bank Polska, ING Bank Śląski, Krajowa Izba Gospodarcza, mBank, PKO BP, Santander Bank Polska i Société Générale.
Gospodarka nie posłuchała ekon0mistów
Gdy pod koniec grudnia 2017 r. pytaliśmy o prognozy na kolejny rok, eksperci spodziewali się, że będziemy szybko zwalniać. Średnia prognoz wskazywała, że wzrost PKB pod koniec 2018 r. spowolni do niewiele powyżej 3,5 proc., a cały rok zamknie się wynikiem w najlepszym razie lekko przekraczającym 4 proc. Miało to być efektem wyhamowania wzrostu konsumpcji do ok. 4 proc. i 8-proc. wzrostu inwestycji. Dziś wiemy już, że konsumpcja zwiększyła się o niemal 5 proc. i to w dużej mierze z jej niedoszacowania wynikał błąd w ocenie perspektyw całej gospodarki. Analitycy nie mylili się natomiast zasadniczo co do tempa wzrostu inwestycji, choć wyraźnym zaskoczeniem na minus był niespełna 5-proc. wzrost w II kwartale.
Wzrost cen także ukształtował się poniżej oczekiwań sprzed roku. Wbrew prognozom nie było wzrostu inflacji bazowej, zależnej od zmian w popycie. W jednym oceny analityków niemal się sprawdziły: Rada Polityki Pieniężnej była niechętna podwyżkom stóp procentowych.