Długi nie do odzyskania to w tym sektorze prawie 2 proc. wszystkich należności producentów żywności. Tak źle nie było od co najmniej dwóch lat.
Złe długi, które przedsiębiorcy powinni już zaliczyć do straconych, na koniec III kwartału stanowiły 1,98 proc. wszystkich należności w branży spożywczej. W ciągu ostatnich 24 miesięcy, które przebadali analitycy firmy, nie było tak wysokiego odsetka – wynika z danych Euler Hermes.
Z pozoru to paradoks: firmy spożywcze mają coraz większy problem z egzekwowaniem należnych im pieniędzy mimo dynamicznie rosnącej konsumpcji prywatnej i ogólnie bardzo dobrej koniunktury w gospodarce. Ale wielkość złych długów to niejedyny sygnał, że w sektorze nie dzieje się dobrze. Euler Hermes zwraca uwagę, że równocześnie wydłużył się okres obiegu płatności. We wrześniu wynosił on średnio 56 dni i był o cztery dni dłuższy niż rok wcześniej. Obieg płatności należy przy tym rozumieć jako czas, na jaki firma udziela kredytu kupieckiego – czyli świadomie zgadza się na opóźnienie płatności – wraz z opóźnieniami ponad ten uzgodniony okres.
Reklama
Grzegorz Błachnio, analityk Euler Hermes, tłumaczy, że to właśnie wydłużanie kredytu udzielanego hurtowniom i sklepom przez producentów żywności służy utrzymaniu konkurencyjności cenowej detalistów i może być dodatkowym czynnikiem zwiększającym konsumpcję. – Producenci żywności na swoje należności czekają średnio nawet do tygodnia dłużej w stosunku do średniej z pięciu ostatnich lat. Pomimo tego odbiorcy płacą zauważalnie gorzej – zwraca uwagę Błachnio.
Realny czas spływu należności w branży spożywczej rozumiany jako udzielony kredyt kupiecki wraz z opóźnieniem w jego spłacie (w dniach) / Dziennik Gazeta Prawna

Reklama
Eksperci zwracają uwagę, że jest to wypadkowa kilku czynników. Najważniejszym jest duża koncentracja w handlu i bardzo niskie marże: nie przekraczają z reguły 5 proc., podczas, gdy w innych kategoriach handlu detalicznego są przynajmniej dwa razy wyższe. Błachnio wylicza, że 20 największych dystrybutorów detalicznych kontroluje od 50 do 60 proc. polskiego rynku. Według Bartosza Boleckiego, analityka PMR, jeszcze pięć lat temu było to 10 pkt proc. mniej.
Przy tak silnej koncentracji rynku duże podmioty mają silniejszą pozycję przetargową wobec dostawców: bardzo szybko domagają się uwzględnienia w cenach niższych kosztów surowców, ale nie zgadzają się na ich wzrost, gdy surowce drożeją, i powołują się na umowy długoterminowe oraz grożą zmianą dostawcy. – Taka sytuacja zmniejsza rentowność producentów żywności zmagających się przecież także m.in. z jej nadprodukcją w Europie, przez co marże utrzymują się na niskim poziomie – mówi Grzegorz Błachnio.
Handlowcy nie płacą na czas także dlatego, że sami nie mają pieniędzy. Zwłaszcza ci mniejsi, którzy są w stanie konkurować z dyskontami obecnie jedynie różnorodnością towaru. Efekt jest taki, że o ile w dyskontach na półkach jest 2–3 tys. produktów do wyboru, o tyle w małych sklepach spożywczych nawet 10–12 tys. – Taka polityka niesie jednak ze sobą ryzyko związane z tym, że pewne grupy produktów nie będą rotowały. To może oznaczać zamrożenie gotówki, a co za tym idzie brak funduszy na bieżące płatności – wyjaśnia Maciej Ptaszyński, dyrektor generalny Polskiej Izby Handlu.
Do tego obowiązujące od marca tego roku przepisy dotyczące ograniczenia handlu w niedzielę zaostrzyły wojnę cenową. – Duże sieci wydają krocie na reklamę i promocje, których zadaniem jest przyciągnięcie jak najwięcej klientów pod koniec tygodnia. Mniejsze sklepy, których nie stać na takie działania, notują w związku z tym odpływ klientów. Konsekwencją tego jest pogorszenie płynności. Kolejne sieci wpadają w spiralę zadłużenia – dodaje Bartosz Bolecki.