Rząd zrozumiał, że zapowiadana rewolucja w transporcie – na samym tylko prądzie – daleko nie zajedzie. Stąd pomysł, by statystyki przedsiębiorcom i samorządom nabiły też pojazdy na CNG.
Unowocześnienie floty i rozruszanie raczkującego rynku pojazdów elektrycznych, których produkcja na rynki europejskie miała być kołem zamachowym polskiej gospodarki – takie wizje przedstawiał premier Mateusz Morawiecki przy okazji prac nad ustawą o elektromobilności i paliwach alternatywnych (Dz.U. z 2018 r. poz. 317 ze zm.)
I chociaż plan działań, które mają zbliżyć nas do zapowiadanego miliona aut elektrycznych na polskich drogach, jest rozpisany do 2025 r., to już zdążyliśmy złapać zadyszkę. Dlaczego? Pojazdy o tym napędzie wciąż są za drogie dla przeciętnych kierowców i poza elektrycznymi autobusami, które samorządy kupują dzięki hojnemu dofinansowaniu z UE, próżno szukać ich na drogach.