Kto mógł, przesuwał wypłaty premii i dodatków z grudnia na styczeń - inaczej nie da się wytłumaczyć styczniowego wysokiego wzrostu płac.
GUS podał wczoraj, że średnia pensja w przedsiębiorstwach wyniosła w styczniu 3215,75 zł, co oznacza wzrost o 8,1 proc. w ciągu roku. Te dane zaskoczyły ekspertów, którzy spodziewali się raczej 5-proc. tempa wzrostu.
- To prawdopodobnie efekt przenoszenia części wynagrodzeń z grudnia na styczeń po to, żeby zapłacić od nich podatki według nowych, niższych stawek. To kreatywne podejście polskich firm było przyczyną zaskakująco niskiej dynamiki płac w grudniu - mówi Grzegorz Ogonek, ekonomista ING BSK.
- Po 12 miesiącach dużych wzrostów wynik stycznia wziął się trochę z siły inercji, ale ten proces nie jest już tak silny jak w ubiegłym roku - dodaje Tomasz Kaczor, ekonomista BGK.
Podobnego zdania jest Marcin Mróz z Fortis Banku. Jak mówi, perspektywy na kolejne miesiące są złe, co pokazują badania koniunktury w przedsiębiorstwach i oczekiwania właścicieli firm m.in. co do wzrostu płac.
- Najgorsze dopiero przed nami - mówi Marcin Mróz.
Według Tomasza Kaczora dynamika wzrostu wynagrodzeń wyraźnie zwolni w kolejnych miesiącach.
- Nie przekroczy 5 proc. To i tak jest dość dużo - pamiętajmy, że inflacja będzie spadać. To oznacza realny wzrost o 2-3 proc. rocznie - mówi ekonomista BGK.
- Spodziewamy się, że przeciętna dynamika wzrostu płac wyniesie w tym roku 4,2 proc. - mówi Grzegorz Ogonek z ING BSK.
Dodaje, że we wczorajszych danych GUS pozytywnie zaskoczyły go informacje o wzroście zatrudnienia o 0,4 proc. w ciągu miesiąca i 0,7 proc. rocznie - zwłaszcza w kontekście wyższego bezrobocia w styczniu o 1 pkt proc. (do 10,5 proc.).
- Z informacji napływających z resortu pracy wynikało, że ten wzrost był efektem powrotu bezrobotnych, którzy wcześniej brali udział w programach aktywizacyjnych. Najwyraźniej tych powracających było bardzo dużo, bo gdyby wzrost stopy bezrobocia wynikał tylko ze zmniejszenia siły roboczej w firmach, mielibyśmy ujemny dynamikę zatrudnienia - mówi Grzegorz Ogonek.



Ekonomiści mają nadzieję, że większy, niż oczekiwano, wzrost płac w styczniu nie będzie argumentem przeciwko obniżeniu stóp przez RPP.
- Mam nadzieję, że Rada nie uzna tego za sygnał, że na rynku prac pojawiła się znów presja proinflacyjna. Ten wzrost płac w styczniu jest jednorazowy - mówi Grzegorz Ogonek.
- Te dane mogą być argumentem za odłożeniem obniżek stóp, ale chyba znacznie ważniejsze będą informacje o produkcji przemysłowej. Informacje z rynku pracy zawsze są spóźnione wobec tego, co się dzieje w przedsiębiorstwach - dodaje Tomasz Kaczor.
Według Marcina Mroza pensje wyższe o 8 proc. nie zmieniają obrazu całej gospodarki.
- RPP bardzo rzadko patrzy na jeden wskaźnik, dla niej liczy się raczej całe ich spektrum. Produkcja, sprzedaż detaliczna - tu zobaczymy spadki. To ewidentne sygnały spowolnienia wzrostu gospodarczego - mówi ekonomista Fortis Banku.