Biznes w Polsce coraz chętniej się robotyzuje. Pod względem liczby inteligentnych maszyn wciąż jednak prześcigają nas sąsiedzi.
Reklama
Populacja robotów nad Wisłą jest jedną z najszybciej rosnących w Europie. Według danych Międzynarodowej Federacji Robotyki między 2011 a 2016 r. liczba takich urządzeń w Polsce rosła o 20 proc. średniorocznie. Rekordowy pod tym względem był 2015 r., kiedy nasze firmy zainstalowały 1,5 tys. takich urządzeń. W efekcie na początku 2017 r. (to najnowsze dane, jakimi dysponuje MFR) działało ich u nas 9,7 tys.
Według Jędrzeja Kowalczyka, prezesa Fanuc Polska, producenta automatyki przemysłowej, tendencja ta utrzyma się jeszcze przez kilka lat. Sprzyjają jej takie czynniki, jak potencjał rodzimego rynku, atrakcyjne formy finansowania zakupu technologii czy brak rąk do pracy. – Jeśli jednak spojrzymy na nasz rynek z szerszej perspektywy, szybko niestety dostrzeżemy, że obecne tempo instalacji robotów w polskich fabrykach wciąż jest zbyt wolne – mówi Kowalczyk.
Na razie nad Wisłą ponad połowę robotów wykorzystuje się do różnego rodzaju operacji przemysłowych. Co czwarte urządzenie odpowiada za produkcję w sektorze motoryzacyjnym, a co piąte pracuje w branży chemicznej i wytwórstwa plastiku. Średnio dla całego przemysłu populacja robotów w Polsce wynosi 32 urządzenia na 10 tys. pracowników sektora. Ale gdy w przemyśle motoryzacyjnym jest znacznie wyższa i wynosi 182 sztuki, to w pozostałych branżach ten wskaźnik wynosi raptem 17 urządzeń na 10 tys. zatrudnionych. Jak podaje firma ABB, trudno jest oszacować koszt robotów, bo są to produkty podlegające daleko idącej personalizacji. Ceny różnią się w zależności od przeznaczenia oraz wgranej aplikacji.
– Robotyzacja i automatyzacja przemysłu w naszym kraju swój dynamiczny rozkwit ma jeszcze przed sobą – ocenia Kowalczyk. Dlaczego w Polsce robotyzacja przemysłu jest niższa niż u naszych południowych sąsiadów? W tym wypadku wytłumaczenie jest dość proste. Sektor motoryzacyjny, który jest mocno zrobotyzowany, ma większy udział w słowackiej gospodarce niż w polskiej, co widać chociażby, gdy się porówna jego udział w eksporcie: 40 proc. na Słowacji, 13 proc. w Polsce.
Liczba robotów industrialnych na 10 tys. pracowników przemysłu (wybrane kraje) / Dziennik Gazeta Prawna
Ale w grę wchodzą też inne względy. – Polscy przedsiębiorcy mają awersję do robotów w większym stopniu niż biznes z zagranicy. Nie wydaje mi się natomiast, żeby kluczowy był czynnik ekonomiczny – mówi prof. Dariusz Jemielniak z Akademii Leona Koźmińskiego. Z badania, jakie trzy lata temu przeprowadził Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową, wynika, że dwie trzecie firm jest przekonanych, że urządzenia po prostu się im nie przydadzą, bo nie pasują do ich profilu działalności. 38 proc. respondentów było zdania, że zakupu takiego nie uzasadnia skala produkcji, a 29 proc. – że instalacja robotów nie przyniesie dodatkowych korzyści.
Pomimo tych barier biznes coraz chętniej sięga po roboty. Przykładem jest chociażby firma cukiernicza Tago, która dwa lata temu zdecydowała się na zakup robotów do zbierania i układania produktów z linii wytwórczej. – Inwestycja była droga, bo mówimy tu o milionach złotych, ale byliśmy do tego zmuszeni ze względu na brak pracowników – mówi Robert Karczewski, dyrektor zakładu Tago. – Średnio jeden robot może zastąpić dwie osoby. W tym roku mamy zamiar zamontować kolejną instalację, w ramach której będzie pracować następne sześć maszyn – dodaje.
Oczywiście kwestia robotyzacji (czy szerzej automatyzacji) wiąże się z pytaniem o jej wpływ na rynek pracy. Profesor Jemielniak twierdzi, że pierwszą ofiarą tego procesu w Polsce może być branża przewozowa. Nagłe upowszechnienie się technologii autonomicznych pojazdów tylko nad Wisłą zagroziłoby 300–500 tys. miejsc pracy, bo na tyle szacuje się liczbę kierowców ciężarówek.
– Część specjalistów nie obawia się tego wpływu, argumentując, że historycznie przy zmianach technologicznych gospodarka zawsze sobie jakoś radziła – mówi Jemielniak. Przykładem są bankomaty, które miały zastąpić pracowników oddziałów banków. Tymczasem – jak wskazuje ekonomista James Bessen – pomimo 400 tys. tego typu urządzeń w USA liczba zatrudnionych w oddziałach między 2000 a 2010 r. wzrosła. Branża po prostu znalazła dla nich inne zajęcia poza wypłacaniem pieniędzy w okienku.