Coraz więcej przetargów budowlanych jest unieważnianych z powodu braku wykonawców. A gdy już są chętni, to ich oferty są nawet trzykrotnie droższe od założeń zamawiających.
Reklama
W Brzezinach kilka dni temu musiano unieważnić przetarg na modernizację obiektów Centrum Kultury Fizycznej. Powód – nie wpłynęła ani jedna oferta. Z tego samego powodu podkarpacka gmina Cisna musiała unieważnić przetarg na przebudowę wodociągów. Burmistrz Podkowy Leśnej Artur Tusiński w tamtym roku musiał niektóre z przetargów ogłaszać po kilka razy. „Przetarg na rowy ogłosiliśmy trzykrotnie – nikt się nie zgłosił. Przetarg na rewitalizację stawu w parku miejskim dwukrotnie nie został rozstrzygnięty z powodu braku chętnego. Kilkukrotne przetargi na termomodernizację budynków miejskich nie zostały rozstrzygnięte z powodu wysokich ofert lub braku chętnych. Jesteśmy w sytuacji kuriozalnej – mamy pieniądze na inwestycje, a nie ma chętnych, by po nie sięgnąć” – pisze burmistrz na swym blogu.
Dlaczego przetargi tak się kończą?
Z punktu widzenia branży jednym z najpoważniejszych problemów jest znalezienie pracowników. Z ubiegłorocznych badań Work Service wynika, że aż 69 proc. przedsiębiorstw ma duże lub bardzo duże problemy ze znalezieniem pracowników niższego szczebla. Spora część Polaków wyjechała pracować za granicę. Ukraińcy i Białorusini, choć pracuje ich w Polsce coraz więcej, nie są w stanie zapełnić tej luki. Wielu z nich nie chce też pracować na etat. Wolą bardziej elastyczne formy zatrudnienia, takie jak umowa-zlecenie. Tu zaś pojawia się kolejny problem. Od półtora roku ustawa – Prawo zamówień publicznych wymaga od zamawiających, aby tam, gdzie jest to uzasadnione rodzajem prac, wpisywali do specyfikacji wymóg zatrudnienia na etat. Przy większości podstawowych prac na budowie, czyli właśnie tych najczęściej wykonywanych przez robotników ze Wschodu, wymóg ten musi się pojawić. To zaś na starcie eliminuje część firm.
– Należałoby się zastanowić, czy akurat w branży budowlanej ten wymóg ma sens. Oczywiście wymagałoby to przeprowadzenia analiz i sprawdzenia, na ile rzeczywiście wpływa on na możliwość startu w przetargu – podpowiada Artur Wawryło, ekspert Centrum Obsługi Zamówień Publicznych. – Przepis dotyczący zatrudnienia na etat był tworzony w czasie, gdy na rynku budowlanym panował zastój. Dzisiaj sytuacja jest diametralnie inna – dodaje.
Równie dużo, a być może i więcej przetargów budowlanych unieważnia się z powodu braku środków. Dwukrotne przebicie kwoty, jaką zamawiający zamierza przeznaczyć na zamówienie, to nic nadzwyczajnego. Zdarzają się i większe dysproporcje. Powiat krakowski właśnie opublikował zawiadomienie o unieważnieniu przetargu na przebudowę jednej z dróg. Na inwestycję tę przeznaczył ok. 8 mln zł. Oferta z najniższą ceną opiewała na grubo ponad 20 mln zł. Białostocki oddział Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad musiał unieważnić przetarg na przebudowę drogi krajowej nr 63, gdyż jedyna złożona oferta opiewała na kwotę prawie 42 mln zł, podczas gdy on przeznaczył na tę inwestycję 15 mln zł.
Skąd się biorą tak duże różnice pomiędzy szacunkami zamawiających a cenami ofertowymi? W jakiejś mierze można je tłumaczyć wzrostem cen na rynku budowlanym. Choć zamawiający są zobowiązani do szacowania wartości zamówienia z należytą starannością, to w momencie rozpisania przetargu ich wyliczenia mogą mieć nawet pół roku. A ceny nie stoją w miejscu. Obserwatorzy rynku nie mają jednak wątpliwości, że wzrost cen robocizny i materiałów nie tłumaczy aż tak drogich ofert. Bardziej prawdopodobnym wytłumaczeniem jest brak konkurencji. Wykonawcy zorientowali się, że w przetargach budowlanych wpływa coraz mniej ofert, więc windują ceny na zasadzie „a może się uda”. Przepisy pozwalają bowiem organizatorom przetargów na zwiększenie kwoty, którą pierwotnie przeznaczyli na zamówienie.