Czy w sporach o aborcję, karę śmierci, legalność narkotyków, handel organami czy posiadanie broni warto sięgać po argumenty ekonomiczne? Warto. Bywa, że tylko one mają sens.
Jest dowcip ilustrujący relację pomiędzy ekonomią a moralnością. Każdy w lot złapie, o co w nim chodzi. Jak rząd może poradzić sobie z problemem głodu i bezrobocia? Wystarczy pozwolić, by głodni pożarli bezrobotnych. Śmieszne to i straszne zarazem, bo tego rodzaju rad faktycznie możemy spodziewać się od pewnej specyficznej grupy ludzi i, co gorsza, sugestie te mają szansę zostać wysłuchane. Chodzi o ekonomistów, rzecz jasna.
Dla nich – tak się przynajmniej powszechnie uważa, a i większość przedstawicieli tej profesji sama jest o tym przekonana – najważniejsza jest wydajność i maksymalizacja użyteczności, a nie moralność. Jeśli dane rozwiązanie jest skuteczne, to choćby miało być okupione cierpieniem milionów, warto je zastosować. Specjalistami od takiej bezlitosnej logiki są macherzy Międzynarodowego Funduszu Walutowego, o czym często pisze ekonomiczny noblista Joseph Stiglitz. Zwraca on uwagę, że np. w czasie kryzysu azjatyckiego w końcówce lat 90. XX w. MFW nie miało skrupułów, by walczyć z krachem kosztem bezrobocia i zgody na spadek płac najuboższych, którzy w żadnej mierze się do tego akurat kryzysu nie przyczynili.