Im bliżej styczniowego posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej, tym więcej spekulacji i przewidywań na temat decyzji o obniżce stóp procentowych NBP. Niemal wszyscy wypowiadający się analitycy i ekonomiści są zdania, że Rada powinna obniżyć stopy i że to zrobi. Jedyną kwestią sporną jest skala obniżki. Najbardziej radykalne przewidywania mówią o cięciu nawet o 1 proc.

Chodzi o banki i Zachód

Sami członkowie RPP w publicznych wypowiedziach ograniczają się z reguły do ostrożnych stwierdzeń, że biorąc pod uwagę prognozy inflacyjne istnieje przestrzeń do obniżki stóp, bądź jej nie ma.

Charakterystyczne dla dość powszechnej akceptacji spodziewanej obniżki stóp jest oczekiwanie, że taka decyzja przyczyni się do zwiększenia akcji kredytowej banków, co będzie sprzyjać podtrzymaniu wzrostu gospodarczego. Dodatkowym argumentem za takim rozumowaniem ma być fakt, że radykalnej redukcji stóp dokonano w ostatnim czasie w większości dużych gospodarek zachodnich. Równocześnie panuje jednak zgoda co do tego, że efektów podjętych tam decyzji jakoś nie widać.

W warunkach zrównoważonej gospodarki obniżenie oprocentowania przy malejącej inflacji jest klasycznym posunięciem z arsenału polityki pieniężnej skutkującym obniżeniem stóp procentowych na rynku międzybankowym, a w ślad za tym obniżeniem indeksowanej do nich ceny kredytu dla przedsiębiorstw. Niższa cena kredytu zwiększa popyt na kredyt i sprzyja rozwojowi finansowanych nim inwestycji. Z kolei wyższe inwestycje przyczyniają się do wzrostu PKB. To wszystko prawda, ale powtórzmy, mechanizm ten działa tak w warunkach zrównoważonej, czyli normalnie funkcjonującej gospodarki. Tymczasem w sytuacji, w jakiej obecnie znajduje się nasza gospodarka, obniżenie stóp procentowych z dużym prawdopodobieństwem przyniesie efekt odwrotny do oczekiwanego. Przejdźmy zatem do meritum.

Otóż od połowy 2007 r. w systemie bankowym systematycznie powiększała się nierównowaga między wielkością portfela depozytowego i portfela kredytowego (na koniec 2008 r. ten drugi był wyższy o 79 mld zł). Różnica ta była finansowana przez banki pożyczkami od macierzystych korporacji i od banków zagranicznych, jak również papierami dłużnymi. We wrześniu 2008 r. w następstwie globalnego kryzysu finansowego nastąpiło radykalne zmniejszenie się możliwości finansowania z tych źródeł. Dążąc do zamknięcia luki płynności, banki zostały zmuszone do konkurowania o depozyty klientów coraz wyższym oprocentowaniem. W rezultacie średnie oprocentowanie depozytów przewyższyło poziom stóp procentowych z rynku międzybankowego, który - także wskutek globalnego kryzysu finansowego - niemal zamarł.

1 pkt proc. i nic

W listopadzie i grudniu RPP obniżyła stopy procentowe NBP w sumie o 1 pkt proc., ale nie wpłynęło to znacząco na oprocentowanie depozytów klientów. Trudno bowiem uznać, że czas wysokiego oprocentowania depozytów się skończył, jeżeli posiadający nadwyżkę lokat największy bank detaliczny, który w grudniu za trzymiesięczny depozyt o stałym oprocentowaniu płacił średnio 3,35 proc. w skali roku, w styczniu płaci 7 proc., podczas gdy trzymiesięczny WIBOR spadł ze średniego poziomu 6,38 proc. w grudniu 2008 r. do średniego poziomu 5,68 proc. w ciągu pierwszych trzech tygodni stycznia.