Rok temu miałem przyjemność przedstawić Państwu długą historię dojścia ludzkości do stosowanego obecnie systemu dziesiętnego („Jeden u ręki trzeciego urzędnika: felieton o dużej spółce”, DGP z 12.09.2016 r.).
Uprościłem wówczas opowieść i wyeliminowałem z niej coś, czego nie ma. Czyli zero. Podobnie jak koło i ogień jest ono uważane za jedno z największych odkryć dokonanych przez człowieka. W matematyce ma dwa znaczenia. Z pierwszym spotykamy się wszyscy od dzieciństwa (kto zjadł wszystkie cukierki?), poprzez okres młodości (kto wypił całe piwo?), do dorosłości (zawartość portfela przed wypłatą).
Pierwsze „zapisywanie” liczb najczęściej dotyczyło utrwalenia stanu posiadania inwentarza. Jeżeli jednak czegoś nie było? To nie było potrzeby sięgania po papirus, węzełki czy glinianą tabliczkę, aby ów fakt, że czegoś nie ma, odnotować. Dziecko powie „nie ma cukierków”, a student... lepiej nie cytować. Choć słyszę nieraz, jak młodzi ludzie mówią, że mają czegoś „zerowy stan”.
Reklama
Przykładem braku zera w systemie liczbowym mogą być dobrze wszystkim znane cyfry rzymskie: X – dziesięć, C – sto, M – tysiąc, i niespodzianka... CCI jako dziesięć tysięcy. Później zapis dużych liczb uproszczono i wprowadzono zasadę, że kreska nad liczbą oznacza pomnożenie jej przez tysiąc, a pionowe kreski z lewej i prawej strony oznaczały pomnożenie jej przez sto. Im liczby były większe, tym kłopotów, czyli oszustw polegających na dopisywaniu lub usuwaniu kresek, było więcej.
Zero, jakie znamy teraz, czyli podstawa pozycyjnego zapisu liczb, pojawiło się bardzo późno, bo „dopiero” tysiąc pięćset lat temu w Indiach. Wcześniej kilka cywilizacji było bardzo blisko jego odkrycia. Babilończycy oparli swój system pozycyjny na liczbie 60, zaś Chińczycy i Majowie na 5 i 20. Wprowadzili nawet oznaczenie dla „pustego miejsca”, ale nie nazwali tego „liczbą” i nie wykonywali na tym operacji arytmetycznych. Może dlatego, że np. trójkę ciągle zapisywali jako „trzy kreski”, a nie za pomocą oddzielnego znaku.

Reklama
Zero, jakiego nie znamy, pojawiło się 30 października 2017 r. na rynku głównym giełdy, a 29 listopada to wydarzenie zostało potwierdzone. Jak każde doniosłe odkrycie, początkowo przeszło niezauważone. Z tym że należy przyznać, że pierwsze sygnały wskazujące, że może ono się pojawić, pojawiły się nieco wcześniej, przy okazji sprawozdań finansowych sporządzonych na koniec 2016 r.
O jakie zero chodzi? W zysku? Do braku zysku inwestorzy się już dawno przyzwyczaili. Żeby arkusze kalkulacyjne nie wyglądały tak źle, to stosują nawet mierniki zastępcze, takie jak EBITDA. W kapitałach? Brak kapitałów również nikogo nie dziwi. Teraz wszyscy spoglądają na EV (enterprise value), coś tam mrucząc o rynku efektywnym.
To może w przychodach? To poważniejsza sprawa, ale od jakiegoś czasu żadna to nowość. Na rynku jest ponad 30 spółek, które nie mają przychodów. W większości są „wehikułami inwestycyjnymi”, nazywanymi teraz dumnie Alternatywnymi Spółkami Inwestycyjnymi. Wśród nich są nawet dwie spółki, które mają ujemne przychody. Ale to wynika ze sposobu prezentowania rachunku wyników. Jedna z nich do przychodów z działalności podstawowej zalicza takie pozycje jak „zysk/strata z aktualizacji portfela inwestycji”. Gdy zamiast zysków są straty, to przychody są ujemne. No cóż, takie są skutki uboczne bezrozumnego stosowania Międzynarodowych Standardów Sprawozdawczości Finansowej. A dokładniej – bardzo starego MSR 1 Prezentacja Sprawozdań Finansowych w połączeniu z nowiutkim MSSF 10 Skonsolidowane Sprawozdania Finansowe.
To może w aktywach? Tak jest! W pierwszej połowie września ukazał się zaległy raport roczny spółki Martx Pharmaceuticals za 2016 r. Pisałem już o tym, więc przypomnę, że wartość aktywów wykazana w bilansie to 1,05 zł (słownie: jeden złoty i pięć groszy). Z dokładniejszej analizy bilansu wynikało, że na te aktywa składała się gotówka w kasie. I że rok temu stan kasy był taki sam. Jedna z wersji przyczyn opóźnienia raportu jest taka, że ta złotówka i pięciogroszówka najzwyczajniej wpadły za szafę. Audytor się uparł i zażądał raportu kasowego, i nie mogli zrobić bilansu, dopóki tych monet nie znaleźli.
Nie miał już takich problemów zarząd spółki Drewex, która ostatniego dnia października opublikowała raport półroczny. I właśnie tu pojawia się zero, jakiego jeszcze nie znaliśmy. Suma aktywów spółki wynosiła 0,00 zł (słownie: zero złotych i zero groszy). Co interesujące, jest ona taka sama w każdej walucie. Miesiąc później ukazał się raport za III kwartał. W tym raporcie ponownie mamy zerowe aktywa. Akcje tej spółki są w obrocie giełdowym, i to na rynku głównym. Ich ostatnia cena to 90 gr. Spółka wyemitowała łącznie 1,8 mln akcji (w seriach A–I), czyli jej rynkowa wartość to 1,6 mln złotych. Akcje Martx, którymi handel wznowiono dwa miesiące temu, po tym jak opublikowała zaległe sprawozdania finansowe, kosztują 7 gr. A że jest ich 150 mln, to spółka ma łączną kapitalizację 10,5 mln.
Pół roku temu zadzwonił do mnie klient i zapytał, dlaczego dla jednej ze spółek nie publikujemy wskaźnika rentowności sprzedaży. Odpowiedź była nieco filozoficzna, na szczęście klient, a ten, jak wiadomo, zawsze ma rację, nie obraził się. Opowiedziałem, że trudno jest obliczać rentowność czegoś, czego nie ma (wierszyka o dzieleniu przez zero nie zacytowałem). Zablefowałem jeszcze, iż dla spółek z ujemną sprzedażą nie liczymy rentowności sprzedaży.
To zjawisko swoistej erozji wartości spółek giełdowych dotknęło kolejne obszary i mierzące je wskaźniki. Trudno jest wyliczyć stopę zwrotu z aktywów (ROA) lub wskaźniki zadłużenia, gdy w mianowniku jest zero.
Ale sam jestem już mentalnie w innym miejscu. Czekam na ujemną sumę bilansową.