Od przyszłego roku nie będzie odszkodowań dla producentów zarażonych jaj. To może narazić konsumentów na niebezpieczeństwo.



Resort rolnictwa w 2018 r. na walkę z bakterią przeznaczy 500 tys. zł – 20 razy mniej niż co roku przez ostatnie dwa lata – wynika z projektu rozporządzenia ministerstwa, w sprawie którego zakończyły się właśnie konsultacje społeczne. Przepisy wejdą w życie od 1 stycznia 2018 r.
Rząd uznał, że drobiarze muszą sami zadbać o zdrowie hodowli, bo dotychczas wydawano na odszkodowania coraz więcej pieniędzy, a mimo to rosła skala zachorowań. Dariusz Minkina, starszy specjalista w biurze zdrowia i ochrony zwierząt w Głównym Inspektoracie Weterynarii, wylicza, że w 2015 r. wydatki wyniosły 19 mln zł, w 2016 r. – 33 mln zł, a do końca lipca tego roku – ponad 80 mln zł. W DGP już we wrześniu pisaliśmy o możliwości cięcia nakładów na walkę z salmonellozą.
Reklama
Mniejszy budżet oznacza, że powiatowi lekarze weterynarii w razie wykrycia bakterii nie będą już nakazywali uboju kur, a co za tym idzie – producentom nie będą wypłacane rekompensaty za likwidację stada. Hodowca będzie musiał sam ponieść koszty utylizacji kur, a jaja będzie mógł sprzedać tylko do zakładów przetwórczych, które poddają je obróbce termicznej, zabijającej zarazki salmonelli. Tyle że dostanie za nie o kilkadziesiąt procent mniej, niż gdyby sprzedał je do handlu.
Zdaniem organizacji branżowych opiniujących projekt problem jednak w tym, że resort nie zapewnia mechanizmów kontroli, co będzie się działo z zakażonymi jajami. Kontrole urzędowe raz do roku będą prowadzone tylko w zakładach mających powyżej 1 tys. kur niosek. Takich według wyliczeń resortu jest 990. Wszystkich na rynku jest ponad 3 tys. – W pozostałych badania zrobione przez producentów jaj będą uznawane za ostateczne. Nie będzie bowiem obowiązku ich weryfikacji przez lekarzy weterynarii – twierdzi Aleksandra Porada z Krajowej Rady Drobiarstwa. Tymczasem, jak zauważają eksperci, pobrane próbki łatwo oczyścić z salmonelli przy użyciu mikrofali. – Producenci mogą próbować przekonywać lekarzy, by w razie ujawnienia salmonelli nie kierowali jaj do przetwórstwa. Będą szukali sposobów zbycia ich na rynku detalicznym, np. na bazarach jako jaja z hodowli przyzagrodowych – tłumaczy Piotr Lisiecki, prezes Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz.
Teraz, gdy cena jaj bije rekordy, zagrożenie takim procederem jest szczególnie wysokie. Za jaja konsumpcyjne zakłady dostają od 40 do ponad 50 proc. więcej niż przed rokiem. Eksperci przekonują jednak, że taka sytuacja nie potrwa wiecznie. Obecnie jest spowodowana konsekwencją wybicia stad kur niosek w wyniku wykrycia fipronilu na fermach w wielu krajach unijnych czy grypą ptaków we Włoszech, drugim po Francji, największym producencie jaj w UE. – Odnowienie produkcji trwa około 6 miesięcy – wyjaśnia Aleksandra Porada. – W sytuacji gdy ceny jaj spadną, a przez to ich sprzedaż do zakładów przetwórczych będzie nieopłacalna, wiele firm czeka bankructwo – uważa Piotr Lisiecki.