Która bomba jest groźniejsza – ta, którą rozbroiła ABW, czy ta w unijnym budżecie?

Skoro ABW rozbroiła bombę, to jej nie ma. Czyli profesjonalna służba zapobiegła nieszczęściu, jak to się zdarza w wielu krajach. Odpowiedź o unijnym budżecie jest bardziej złożona. Czy będzie wybuch, czy nie, przekonamy się pod koniec tego tygodnia, gdy zakończy się budżetowy szczyt UE.

Wierzy pan w sukces Polski?

W porównaniu z sytuacją z poprzednich negocjacji w 2005 roku jedna rzecz jest bez precedensu. Udało się stworzyć grupę 15 krajów nazywających się przyjaciółmi polityki spójności. Ona cały czas działa razem, gdy w poprzednich negocjacjach te kraje były podzielone na kilka zwalczających się obozów. Ponieważ nieformalnym liderem tej grupy jest polski premier, to powoduje, że nasz głos jest ważniejszy niż kilka lata temu, choć jednocześnie sytuacja z uwagi na kryzys jest trudniejsza.

Komisja Europejska oferowała nam 80 mld euro, szef Rady Europejskiej Herman Van Rompuy proponuje cięcia w całym budżecie, których efektem jest już nie 80, a 72–74 mld euro dla Polski. Taka suma w czasach kryzysu to „tylko” czy „aż”?

Dla mnie jako dla osoby, która pracowała w banku, każda złotówka czy euro ma znaczenie. Dlatego jeśli w tych negocjacjach można uzyskać nawet jedno euro więcej, to jest to jedno euro więcej dla polskich rodzin, przedsiębiorców czy samorządów. Oczywiście z drugiej strony trzeba sobie zdawać sprawę, że jesteśmy największym beneficjentem polityki spójności. To do nas płynie najwięcej pieniędzy i jest gdzieś granica w negocjacjach. Musimy być elastyczni. Nie możemy się zachowywać jak małe dziecko, które się obrazi, bo nie dostało zabawki.

Jak duże to ma znaczenie, czy wpływa do nas 80 mld euro, czy 6–8 mld mniej?

Zważywszy, że perspektywa jest siedmioletnia, to tak, jakby ktoś nam zabrał jeden rok życia. Stąd ta konieczność myślenia o każdym euro.

8 mld euro więcej oznacza zwiększenie nakładów inwestycyjnych o ponad 32 mld zł, czyli równoważność niemal 2 proc. PKB. To może się zaś przełożyć na zwiększenie tempa wzrostu gospodarczego nawet o 0,4–0,5 pkt proc.

W kampanii premier mówił, że dostaniemy 300 mld zł, co wynikało z ostrożnego przeliczenia spodziewanych środków z funduszu spójności. Teraz pojawiła się suma 400 mld zł, bo premier doliczył środki na politykę rolną. To nie jest ubezpieczanie się przed, nazwijmy to, oszczędnym efektem dla Polski?

Tu nie chodziło o pokazanie postulatów negocjacyjnych czy dokładne przeliczenie, ile to będzie na złote po obecnym kursie, a raczej o uświadomienie, o jakiej skali pomocy unijnej mówimy. To miało być uzupełnienie wypowiedzi z kampanii wyborczej, tych słynnych 300 mld zł, które były właśnie prostym przeliczeniem pieniędzy z funduszu spójności.

Byłby pan gotów stanąć na czele Inwestycji Polskich?

Nigdy takiego wariantu nie rozważałem. Wszyscy wiedzą, że to nie wchodzi w rachubę.

Jakie będzie największe wyzywanie dla tej spółki – utrzymanie jej z dala od polityki?

Inwestycje Polskie będą musiały przestrzegać zasad ładu korporacyjnego, co jest zapisane w projekcie. Projekty muszą być finansowane na zasadach rynkowych. A to oznacza, że nikt nie postawi spalarni śmieci w miejscowości X, jeśli inwestycja ta nie będzie opłacalna. A jak rozumiem, wpływ polityki polega na tym, że wydaje się pieniądze nie w oparciu o kryteria biznesowe, a w oparciu o dyspozycje władzy.