Hamuje produkcja przemysłowa, wynagrodzenia rosną wolniej, spada zatrudnienie w firmach. Tylko inflacja trzyma się mocno. Czy już zaczynamy wchodzić w recesję?

Już od stycznia obserwujemy, że eksport rośnie mniej dynamicznie. To echo technicznej recesji w niektórych krajach zachodniej Europy. Już od czwartego kwartału 2011 r. zwalnia konsumpcja. Ale musiało się tak stać, skoro płace rosną umiarkowanie, a tempo wzrostu cen jest relatywnie wysokie. Przyczyną są m.in. ceny paliw zjadające coraz większą część dochodów i zmniejszające wydatki na inne cele. Z kolei słabszy złoty powoduje dodatkowo wzrost rat kredytów walutowych. Dlatego niektóre gospodarstwa domowe musiały ograniczyć inne wydatki. To hamuje gospodarkę, co widać było w lutym w niższym tempie produkcji przemysłowej. Ale to nie oznacza ryzyka recesji ani nawet stagnacji, to jest po prostu spowolnienie. Żaden dramat.

Co jest bardziej niebezpieczne: wysoka inflacja czy hamujący wzrost gospodarczy?

Wiele zależy od charakteru inflacji. Jeśli wynikałaby ona ze spirali cenowo-płacowej, czyli tak zwanych efektów drugiej rundy, to byłby problem. Ale takich sygnałów nie widzimy. Podwyższona inflacja to głównie efekt wzrostu cen produktów importowanych i choć jest dolegliwa z punktu widzenia gospodarki, to nie powoduje żądań podwyżek płac. Spirala cenowo-płacowa się nie nakręca.

Spowolnienie gospodarcze też jest przykre. Jednak jeżeli niemiecka gospodarka przyspieszy – a na to wygląda – to nastąpi ożywienie popytu na polskie produkty i eksport będzie rósł szybciej. W Polsce podwyższona inflacja w istocie jest przejściowa. A spowolnienie nie stanowi zagrożenia dla długookresowego wzrostu gospodarczego.

Jak głębokie będzie to spowolnienie?

NBP prognozuje, że ze wzrostu PKB o 4,3 proc. w 2011 r. zwolnimy do 3,0 proc. w tym roku.

Z pana wypowiedzi wynika, że w kolejnych komunikatach RPP nie będzie już tonów jastrzębich.

Na pewno ostatnie dane nieco zmieniają perspektywę na najbliższe tygodnie i miesiące. Ale tonów gołębich też nie będzie i na obniżki stóp nie ma co liczyć.

Niemal 500 mld zł na kontach bankowych klientów indywidualnych i prawie 200 mld zł na rachunkach firm. To dużo czy mało?

To tylko jedna trzecia PKB. A są kraje w Europie Zachodniej, gdzie gospodarstwa domowe mają na kontach równowartość 150 proc. PKB, który jest w dodatku znacznie wyższy.

Ale znaczący wzrost oszczędności mógłby zaszkodzić konsumpcji.

Zwalniająca konsumpcja to zjawisko krótkoterminowe – z kwartału na kwartał, z miesiąca na miesiąc. A słaba skłonność do oszczędzania charakteryzuje naszą gospodarkę od dekady. Na krótką metę zwiększanie oszczędności studzi gospodarkę, ale na dłuższą wysokie oszczędności ją stabilizują.

Kraj, który chce się szybciej rozwijać, niż to wynika ze stopy oszczędzania, musi importować kapitał. I my jesteśmy takim krajem. Stąd deficyt obrotów na rachunku bieżącym, który na szczęście od lat jest na stabilnym poziomie. To także wyróżnia nas pozytywnie na tle krajów regionu. Analitycy w Londynie nie zawsze nadają tej informacji właściwe znaczenie.

Właśnie ostatni bank wycofał się z kredytów we frankach szwajcarskich. Czy przykręcanie śruby przez nadzór bankowy w sprawie kredytów nie było zbyt drastyczne, biorąc pod uwagę, że kredyty te są najlepiej spłacane?

Gdybyśmy tego nie robili, to byłoby ich jeszcze więcej, a wtedy powielalibyśmy drogę subprime Amerykanów. Albo węgierską, gdzie kredyty walutowe brali klienci, których nie było na nie stać. A gdy zdrożały frank i euro, bardzo wiele osób wyciągnęło do państwa rękę po pomoc. My uniknęliśmy takich scenariuszy właśnie dzięki ograniczaniu od 2006 r. dostępu do kredytów walutowych. Tak naprawdę kredyty walutowe powinny być dostępne dla ludzi o wysokich dochodach, którzy bez względu na kurs przez pewien czas bardzo niekorzystny nie będą mieli kłopotów z ich obsługą. To paradoks, ale biedniejsi muszą długookresowo płacić więcej.

Banki, które udzielały kredytów walutowych, miały problemy z pozyskiwaniem środków na ich finansowanie. Czy coś się zmieniło?

Ostatnio jest lepiej, bo złoty się umocnił. Problem z finansowaniem, szczególnie w czwartym kwartale 2011 r., polegał na skali zaangażowania środków w operacje swap. Jeśli któryś bank potrzebował np. 1 mld franków, to w dobrych czasach musiał na to wydać 2,5 mld zł, a w ubiegłym roku ponad 3,5 mld zł.

Jak rynek kiepsko działa, to zawsze można przyjść do NBP.

Ale to z zasady nie będą warunki rynkowe, tylko gorsze niż na rynku. NBP trzeba też przedstawić zastaw, i to dobry. Jednak – jak już powiedziałem – teraz sytuacja jest o wiele lepsza.

Czy NBP planuje jakieś instrumenty wsparcia, gdyby sytuacja miała się znów pogorszyć?

Moglibyśmy zapewnić finansowanie w walutach obcych, ale pod zastaw i na warunkach na pewno nie lepszych od rynkowych. Ale trzeba także wypracowywać rozwiązania trwalsze – emitować listy zastawne, by finansować w sposób bardziej stabilny kredyty hipoteczne. Takie papiery mogłyby być atrakcyjne np. dla OFE. NBP może w tym bankom pomóc, podobnie jak EBOR. Do tej pory banki nie myślały o takim finansowaniu, bo jest ono stosunkowo drogie, a miały finansowanie od spółek matek po niskich kosztach. Teraz sytuacja jest inna.

Kredytów walutowych banki już niemal nie udzielają, kredyty złotowe są drogie. Czy seria podwyżek stóp procentowych w ubiegłym roku nie była jedną z przyczyn wzrostu cen tych kredytów?

Oprocentowanie kredytów konsumpcyjnych właściwie nie wzrosło. One już wcześniej były drogie. To, co nas niepokoi, to fakt, że z powodu rekomendacji spadają wartość i liczba kredytów konsumpcyjnych udzielanych przez banki, a lukę tę zaczynają wypełniać instytucje parabankowe, często działające w szarej strefie, udzielające finansowania na niezwykle wysoki procent. Sprawa do tego stopnia zaniepokoiła KNF, że Komisja obiecała przyjrzeć się regulacjom i nie wyklucza pewnego dostosowania rekomendacji.

KNF zamierza się też przyjrzeć rynkowi międzybankowemu. Wiceprzewodniczący KNF Wojciech Kwaśniak na łamach DGP mówił, że banki przesadzają z nieufnością wobec siebie, nie pożyczając sobie pieniędzy. Zamierza wydać w tej sprawie rekomendację.

Trzymam kciuki za wiceprzewodniczącego Wojciecha Kwaśniaka. Ma rację. To, co robią nasze banki, jest odwzorowaniem postępowania ich spółek matek. Rekomendacja jest potrzebna. W Polsce część banków ma nadpłynność, ale pieniądze parkują w NBP.

Skoro rynek międzybankowy nie działa jak należy, to co w takim razie ze stopami rynkowymi – np. trzymiesięcznym WIBOR-em?

Jeśli banki sobie nie pożyczają, to WIBOR 3M wisi w powietrzu. Sprawdzamy, czy są banki, które kwotowały WIBOR znacząco wyżej niż inne. Wiemy już, że były takie. Myślę, że sama informacja, iż zbieramy takie dane...

...wystraszy banki?

Powściągnie. Ale nie próbujemy nalegać na tworzenie nowego wskaźnika.

A co, jeśli sam monitoring nie wystarczy?

Może w banku, który kwotuje wyżej, będziemy chcieli złożyć na taki procent depozyt. To tylko żart. Jednak we Francji, gdy wprowadzano podatek katastralny od nieruchomości, zdecydowano się na przepis, że państwo będzie miało prawo jej pierwokupu po cenie szacowanej przez właściciela. To skutecznie zniechęciło Francuzów do zaniżania wartości.

Co z repolonizacją banków? Jaki jest główny argument za jej przeprowadzeniem?

Inny sposób działania, co widać na przykładzie tego, jak polskie banki zachowywały się w kryzysie. Przy czym dla mnie polski bank to ten z centralą w Polsce. Gdyby nie banki polskie, to akcja kredytowa w sektorze przedsiębiorstw w latach 2009 – 2010 by spadła. Banki z centralami za granicą ograniczały akcję kredytową.

Jak miałaby wyglądać repolonizacja?

Jestem za repolonizacją, ale nie chodzi o specjalną akcję czy kampanię. Nie chodzi o odbieranie własności, sekwestrację, kupowanie na siłę. Mieliśmy niedawno transakcję na rynku bankowym. Czy był chętny jakiś polski kapitał? Nie. Poza tym jest kwestia ceny – nasze banki, nawet jak są sprzedawane, to trzymają bardzo wysokie ceny. Nie mówię, że repolonizacja jest łatwa, że trzeba angażować w nią państwo. Natomiast fakty są takie: jak bank ma centralę w Warszawie, to podejmuje decyzje kredytowe czy inwestycyjne w Polsce w oparciu o lepszą wiedzę o polskiej gospodarce.

Wierzy pan w powodzenie planu konsolidacji finansów publicznych i zejście z deficytem do 3 proc. PKB?

To z wiarą nie ma nic wspólneo. Wszystkie elementy związane z konsolidacją finansów już zostały wprowadzone. Z deficytem zejdziemy w tym roku do około 3 proc. PKB.

Czy potrzebne są działania przyspieszające konsolidację?

Zależy, czy gospodarka wyhamuje na chwilę, czy na dłużej. Dokonywać konsolidacji fiskalnej przy rosnącej gospodarce jest stosunkowo łatwo. W 2011 r. zmniejszyliśmy deficyt z 8 proc. do 5,6 proc. – tak twierdzi minister finansów, ale sądzę, że w zanadrzu ma lepsze wiadomości.