Zamraża się, co prawda, pensje urzędników, ale generalnie najlepiej zarabia się na państwowym. Im w kraju gorzej, tym państwo płaci relatywnie lepiej. Jeśli dodać do tego nieco większą pewność zatrudnienia, trudno się dziwić ludziom, że wolą pracować na państwowym i protestują przeciwko prywatyzacji.

W pierwszym półroczu 2012 r., według GUS, średnie zarobki w sektorze prywatnym wynosiły 3321 zł 95 gr brutto. W tym samym czasie w sektorze publicznym zarobki przeciętne kształtowały się na poziomie 4103 zł. Wprawdzie od lat firmy państwowe są bardziej hojne od prywatnych, ale ta różnica w zarobkach rośnie. Tymczasem jak wiadomo, efektywność sektora publicznego pozostawia wiele do życzenia. A więc środki wypracowywane w firmach nowoczesnych, konkurencyjnych, ciągnących gospodarkę do przodu, przepływają do branż mało efektywnych, kontrolowanych przez państwo.

W ten sposób pozycja konkurencyjna Polski na świecie się osłabia. Przyczyna tego niesprawiedliwego rozjeżdżania się zarobków tkwi jednak w tym, że w sektorze prywatnym pieniądze trzeba zarobić, o co teraz coraz trudniej, a w publicznym wystarczy „wystrajkować”. Im mocniej zagrzewają do strajku związkowcy, tym uznawani są za bardziej skutecznych w walce o interesy załóg.

Strach przed utratą pracy paraliżuje ludzi. Mimo rosnących cen płace w bardzo wielu firmach prywatnych, niepewnych własnej sytuacji na rynku, gwałtownie spadają. Ludzie nie protestują. Lepsze marne zarobki niż żadne. Widoki na przyszłość w polskich kopalniach także nie są różowe. Już około 15 proc. zużywanego w Polsce węgla pochodzi z importu, ponieważ krajowy jest droższy. Trzeba go wydobywać w coraz trudniejszych warunkach, potrzebne są kosztowne inwestycje. Także z powodu konieczności ograniczania emisji dwutlenku węgla. Gdyby kopalnie były prywatne, o ich przyszłość, a swoje zatrudnienie, martwiłyby się także ich załogi. W państwowych jest to, paradoksalnie, zmartwienie państwa. Załogi patrzą, jak rosną ceny, i podgrzewane przez związkowców w walce o swoje sięgają po broń strajkową.

Ostatnio grożą nią związkowcy w Jastrzębskiej Spółce Węglowej. Z oficjalnych, nadawanych przez liderów związkowych komunikatów przebija troska o młodych pracowników. Spółka zatrudnia ich na umowy śmieciowe, przeciwko czemu związkowcy solidarnie protestują. Chcą, żeby młodzi, tak jak oni, mieli pełnowartościowe etaty. Zapominają jednak dodać, że te gorsze umowy są niejako skutkiem tego, że lepsze, dla starych pracowników, zawierają dziesięcioletnie gwarancje zatrudnienia. Zarząd spółki, z nielubianym przez związkowców Jarosławem Zagórowskim na czele, rozpaczliwie próbuje zachować pewne pole manewru na gorsze czasy. Dziś spółka ma zyski, ale nie zawsze przecież tak było.

Kiedy państwowe kopalnie przynoszą straty, ludzi to nie obchodzi. Na forum komisji trójstronnej związkowcy walczą o minimalny, coroczny wzrost zarobków gwarantujący przynajmniej dogonienie inflacji. Skąd zarząd to weźmie, nie ich zmartwienie. Kiedyś dokładali podatnicy, teraz odbywa się to kosztem inwestycji. Kiedy jednak spółka, jak to się dzieje w Jastrzębskiej Spółce Węglowej, przynosi zyski, apetytu związkowców nie sposób zaspokoić. Od 2004 r. podwyżki płac sporo przekraczają wskaźniki ustalone przez komisję trójstronną. Tylko w 2011 r. płace urosły przeciętnie o 10,7 proc. i średni ich poziom przekracza już 7,5 tys. zł. Niedawno firma znalazła się na Giełdzie Papierów Wartościowych, więc spory pakiet darmowych akcji trafił także do kieszeni pracowników, znacznie poprawiając ich sytuację finansową. Tym, którzy jeszcze nie sprzedali akcji, powinno zależeć, aby nie obniżać strajkami giełdowej wartości posiadanych papierów. Kosztowne inwestycje także są niezbędne, aby ten stan trwał jak najdłużej, ale to przecież nie jest zmartwienie związkowców. Pracowicie piłują gałąź, na której siedzą.

Można przypuszczać, że tak wielka determinacja do strajkowania bierze się z konstatacji, że wszyscy mamy jednakowe żołądki. Prezes Zagórowski, podobnie jak cały zarząd, przed upublicznieniem spółki mógł zarabiać tylko „kominówkę”, teraz jego pensja znacząco poszła w górę, do poziomu rynkowego. Związkowcy chcieliby podobnych podwyżek. Zapominają tylko, że w ich przypadku zbliżenie płac do poziomu rynkowego mogłoby oznaczać spore obniżki.