Niektórzy nawet proponują, aby rozwiązać obecne problemy gospodarcze jednym prostym pociągnięciem, czyli zaplanowaną dekompozycją obszaru wspólnej waluty. Dzięki takiemu zabiegowi kraje Południa od razu odzyskałyby konkurencyjność, a kraje bogate nie musiałyby ich wspierać finansowo. Pytanie tylko, czy taki zabieg zwiększyłby prosperity Europy i czy przypadkiem nie doprowadziłoby to do potrzeby znacznie większych niż obecnie transferów? Mam wątpliwości, przede wszystkim ze względu na olbrzymie koszty rozpadu i związanych z tym powiązań handlowych. Oprócz tego typu dylematów ważna jest również percepcja społeczna strefy euro. Europejskie badania opinii publicznej wskazują, że poparcie dla wspólnej waluty w Europie spadło z 60 proc. w 2007 roku do lekko ponad 50 proc. obecnie. W Polsce ta tendencja jest znacznie silniejsza, w 2012 roku za przyjęciem euro opowiadało się tylko 25 proc. społeczeństwa, podczas gdy jeszcze dwa lata temu ponad 50 proc. Mocny to argument dla polityków, aby o euro nie wspominać.

Ostatnio jeden z przedstawicieli brytyjskiego gabinetu zapytywał, jak można proponować proces, dla którego nie widać poparcia w społeczeństwie. Wypowiedź ta nie dotyczyła członkostwa Wielkiej Brytanii we wspólnej walucie, ale pozostałych kwestii integracji, w tym budżetu unijnego, gdzie Wielka Brytania zgłasza inne postulaty niż większość Europejczyków. Odpowiadając na to pytanie, uważam, że istnieją kwestie fundamentalne, w tym m.in. przyszłość europejskiego projektu, gdzie to właśnie politycy powinni kształtować opinię publiczną. Doskonałym przykładem z naszego podwórka było referendum w sprawie członkostwa Polski w UE. Akurat w tamtym głosowaniu chodziło głównie o jego ważność, co udało się m.in. dzięki rozłożeniu tego procesu na dwa dni.

W tamtym czasie istniały poważne obawy o to, czy uda się przekroczyć 50-procentowy próg. Wśród mieszkańców wsi w 2003 roku 47 proc. było za przystąpieniem do UE, podczas gdy pięć lat później 85 proc. Oczywiście zadziałały dopłaty bezpośrednie, ale mechanizm ten jest taki sam dla innych grup społecznych: jeśli w wyniku danych decyzji sytuacja grupy społecznej się polepsza, to rośnie liczba zwolenników. Z dzisiejszej perspektywy sukces członkostwa w UE był oczywisty, nie był on jednak jasny dla większości społeczeństwa w 2003 roku.

Podobnie jest z obecną postawą Wielkiej Brytanii wobec całego procesu integracji i jego elementu, jakim jest wspólny budżet. Bliźniacza dynamika będzie moim zdaniem w niedługim okresie dotyczyła również kwestii przyjęcia przez Polskę wspólnej waluty. Dziś coraz więcej znaków na niebie wskazuje na to, że uda się przełamać podział na Europę dwóch prędkości, oferując bardziej realistyczny podział na Stary Kontynent z trzema prędkościami. Ten nowy trzeci wymiar wynika z polskiego dążenia do przyjęcia euro, co w zasadniczy sposób odróżnia nas od krajów, które na stałe odcinają się od ścisłej integracji z Wielką Brytanią na czele. Z tym, że o ile w języku dyplomacji na dziś taki opis świata jest dla nas korzystny, o tyle jego siła sprawcza będzie musiała być sprawdzona w praktyce. Najbardziej prawdopodobny scenariusz to taki, w którym reformująca się strefa euro za kilka lat staje się znów obszarem stabilności gospodarczej (z pozostającą wciąż na kroplówce Grecją) ze zmienionymi i trudniejszymi niż dotychczas warunkami przyjęcia wspólnej waluty.

Dziś w mediach dominuje prosty przekaz ze strefy euro w postaci zamieszek w Grecji czy w Hiszpanii. Większość polskich proeuropejskich elit politycznych eksponuje stanowisko pragmatyczne – do takiej strefy euro jak teraz nie będziemy przystępować, a jak się zreformuje, to zobaczymy.

O ile takie stanowisko brzmi na pozór racjonalnie, to pogłębia negatywną percepcję euro, ale przede wszystkim sugeruje, że „nasza chata jest z kraja”. A to nieprawda, bo możemy mieć wpływ na przyszłość strefy euro, może nie fundamentalny, ale istotny, a postawa stania z boku i czekania bardzo przypomina tę brytyjską. Tak więc należy pamiętać, że nasz obecny stosunek do tego, co się dzieje w strefie euro, będzie miał zasadniczy wpływ na to, jak Polacy będą się zapatrywać na członkostwo wtedy, kiedy będzie politykom naprawdę na tym zależało.