Taką prognozę należy uznać za wyjątkowo optymistyczną, przede wszystkim ze względu na wciąż nierozwiązane problemy konkurencyjności krajów południa Europy. Nie ma też zbyt mocnych podstaw, aby się spodziewać ożywienia gospodarczego w 2014 r. Wczoraj została opublikowana najnowsza prognoza gospodarcza MFW, która rewiduje poprzednie prognozy i przewiduje stagnację w strefie euro do 2018 r. W takich warunkach trudno oczekiwać znacznego odbicia wzrostu gospodarczego w Polsce. Najważniejsze jednak będzie to, jak perspektywy gospodarcze oceniać będą przedsiębiorcy. Po kilku latach niepewności na rynku stali się oni odporni zarówno na urzędowy optymizm, jak i kasandryczny pesymizm Nouriela Roubiniego. Analizują otaczającą ich rzeczywistość na podstawie wybranych wskaźników, jak i zachowania rynku, na którym działają. Dziś dalecy są od spokoju i optymistycznych ocen.

Ciekawe dane opisujące sytuację przedsiębiorstw publikuje najnowszy „The Economist”. Oprócz tak oczywistych informacji jak załamanie rynku samochodowego, szczególnie na południu Europy, nowym wyzwaniem dla firm europejskich jest wzrost postrzegania ryzyka bankowego. Wzrost tej niepewności doprowadził już do tego, że największe niemieckie firmy przemysłowe wnioskują o licencję bankową, aby mieć możliwość lokowania środków bezpośrednio w EBC. W przypadku pozostałych przedsiębiorstw w ciągu ostatnich kilku lat można było zaobserwować silne zwiększenie zasobów gotówki, które wzrosły ze średniego poziomu powyżej 2 mld dolarów do prawie 10 miliardów. Podobny fenomen widoczny był ostatnio również w Polsce, tyle że u nas finansowanie inwestycji ze środków własnych było zawsze głównym źródłem rozwoju, podczas gdy w Europie Zachodniej obecna sytuacja powinna być traktowana jak anomalia. Nie jest to jednak zła informacja, pokazuje bowiem, że jest z czego finansować wzrost, tyle że jak na razie rosnący poziom zasobów gotówkowych świadczy raczej o obawach niż planach ekspansji. Pomimo ostatnich deklaracji ratowania euro wszelkimi dostępnymi środkami, jakie złożył EBC, globalne firmy wciąż wprowadzają procedury bezpieczeństwa na wypadek rozpadu strefy euro. Najbardziej popularnym mechanizmem jest ściąganie na noc środków z niektórych krajów Południa, tak aby nie być narażonym na nagłą zmianę kursów walut dnia następnego. Zarządzanie antykryzysowe w Europie polega też na wymuszaniu natychmiastowych płatności w mniej wiarygodnych krajach wspólnej waluty. Polski tego typu problemy nie dotyczą – nasi partnerzy handlowi zawsze przerzucali ryzyko kursowe na nasze firmy.

Ostatnim i chyba dla nas najważniejszym wnioskiem jest nowa tendencja coraz silniej obserwowana w dzisiejszej kryzysowej Europie, jaką jest wielka transformacja ze stałych umów o pracę na umowy elastyczne. To, co dla związkowców wydaje się najważniejszym postulatem, dla przeciętnego pracownika może po prostu oznaczać utratę pracy, dotyczy to szczególnie najmniej zarabiających. Badania rynku pracy pokazują jednoznacznie, że główną słabością młodych absolwentów jest ich brak doświadczenia. Pracodawcy nie chcą podejmować ryzyka zatrudnienia i ponosić związanych z tym ewentualnych kosztów zwolnienia w przypadku porażki. Do tego dochodzi jeszcze widoczna w całej Europie, w tym również w Polsce, presja na marże, która zmusza do szukania oszczędności, w tym również oszczędności po stronie wynagrodzeń. Dlatego tak ważna była w poprzedniej odsłonie kryzysu polska elastyczność stosunków pracy. Zabrakło jej w Hiszpanii czy w Portugalii, stąd prawie pięćdziesięcioprocentowe bezrobocie wśród młodzieży w tamtych krajach. Ważne, aby o tej lekcji pamiętać.

Zaklinanie rzeczywistości na wiele się nie zda. Dla przedsiębiorcy kluczowa jest w miarę przewidywalna perspektywa. Obecne stadium kryzysu europejskiego takiego komfortu nie daje. Politycy mogą komfort ten zwiększać lub zmniejszać, zmieniając na lepsze lub na gorsze obowiązujące regulacje. Jeśli mają być to zmiany popularne, ale zwiększające sztywność warunków prowadzenia biznesu, to lepiej ich wcale nie wprowadzać. Wnioski są takie same zarówno dla Europy, jak i dla Polski.