Zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy umiejętnie wykorzystują zmienne nastroje społeczne, w niewielkim stopniu próbując ścierać się na płaszczyźnie merytorycznej. Już to, jak definiujemy obie strony, w dużej mierze określa sposób wymiany myśli. Z jednej strony rząd, który chce uniezależnić nas od dostaw gazu z Rosji. Z drugiej – obecni przynajmniej w domyśle – Rosjanie, którzy obawiają się utraty dużego rynku zbytu.

Patrząc z takiej perspektywy, idei przeprowadzenia zakrojonych na dużą skalę badań dotyczących wpływu wydobywania gazu łupkowego na środowisko trudno nie pochwalić. Wygląda na to, że pomysł ma ręce i nogi – o czym może świadczyć choćby to, że testy mają objąć nie jakiś niewielki obszar, ale kilka koncesji położonych w różnych rejonach kraju. Na tej podstawie można będzie powiedzieć, jak np. na wydobycie gazu łupkowego wpływają różne warunki geologiczne.

Ale też tworzona już wokół planowanych badań otoczka musi przynajmniej odrobinę niepokoić. Można jeszcze zrozumieć firmy, które jak jeden mąż chcą, by badania prowadzono właśnie na terenie ich koncesji. Trudniej zrozumieć urzędników, dla których badania – choć mają być przecież obiektywne – już teraz są argumentem, który powinien rozwiewać obawy przed łupkami. I sposobem na to, by Polska nie powtórzyła takich błędów, które sprawiły, że Bułgarzy z gazu łupkowego zrezygnowali.

To jasne, że każdy wolałby być bogaty niż biedny. Jeśli łupki rzeczywiście to bogactwo nam zapewnią, najlepszą metodą na przekonanie nieprzekonanych będzie pełna przejrzystość prowadzonych badań. Gdy do ich wyników będziemy mieć zaufanie i wyniki te okażą się pozytywne, przy swoim zdaniu zostaną tylko najbardziej zatwardziali przeciwnicy gazu łupkowego.