Jestem oczywiście postępowym Europejczykiem i podobnie, jak minister Sikorski uważam, że rozpad strefy euro to większe niebezpieczeństwo dla Polski niż rosyjskie rakiety tuż pod granicą, oraz wierzę niezłomnie, że dzięki polityce „najlepszego rządu od 1989 roku” jesteśmy w „głównym nurcie UE” i pod bokiem Niemiec ogólnie nadajemy ton, mamy wpływ, wiemy, co się święci. Jednak pytam – czy „najlepszy rząd po 1989 roku” ma jakikolwiek plan awaryjny? Czy też taki, jak wobec wyborów we Francji, co do których chcieliśmy, żeby wygrał je Sarkozy, i w związku z tym z jego konkurentem premier nie rozmawiał, podobnie jak nasza „najlepsza sojuszniczka od 1989 roku”?

Niestety, obawiam się, że nie mamy żadnego planu i w razie czego będzie tak jak zawsze, czyli „poszli nasi w bój bez broni” albo „szabel nam nie zbraknie/ szlachta na koń wsiędzie/ ja z synowcem na przedzie/ i jakoś tam będzie”...

Te uszczypliwości są oczywiście z gruntu oszołomskie. Jednak nieco mniej oszołomskie niż wieszczenie na przykład w 1988 roku upadku Związku Radzieckiego.

Grecja się chwieje i wszystko wskazuje na to, że wyjdzie ze strefy euro, co zresztą byłoby dla niej najlepszym rozwiązaniem. Moi koledzy i ja mówimy to od co najmniej dwóch lat i do tego tygodnia był to pogląd oszołomski. Wszak czołowe media ogłaszały sukces kolejnego „przełomowego” i „historycznego” szczytu UE w sprawie „ratowania Grecji”, a z gazet biły po oczach tytuły: „Grecja uratowana!”. W tym tygodniu jednak zdanie w sprawie wyjścia Grecji z euro zmienili prasa niemiecka i niektórzy oficjele i w związku z tym oficjalnie nie jest to już pogląd oszołomski. Można o tym mówić.

Nadal jednak oszołomstwem jest prognozowanie podobnego scenariusza w Hiszpanii, Portugalii i we Włoszech, co jak sądzę, w dającej się ogarnąć perspektywie jednak nastąpi. Czeka nas oczywiście seria „przełomowych szczytów” i „historycznych pakietów pomocowych”, a następnie powtórzenie wariantu greckiego, uznanie przez uprawnione czynniki praw matematyki i zdjęcie stygmatu oszołomstwa z tego poglądu. Do tego czasu jednak – proszę nie zapominać – jest to pogląd oszołomski.

Milton Friedman wieszczył upadek euro w chwili jego powstawania, precyzyjnie wyliczając powody, z których to nastąpi, i ten scenariusz właśnie się realizuje.

Ma być Armagedon. Padają jakieś kosmiczne cyfry, ile to będzie kosztowało – dług samej Grecji to ponad 370 mld euro. Na ogół tego typu straty lokowane są w podatkach i tak będzie tym razem. W poprzednich miesiącach banki w dużej części wyczyściły się z toksycznych aktywów i teraz figurują one w „aktywach” państw, a państwa, jak wiadomo, mają tylko to, co w podatkach odbiorą swoim obywatelom.

Mamy naprawdę dużo szczęścia, że nieudolność polskich polityków doprowadziła do tego, że nie znaleźliśmy się w tym „ekskluzywnym gronie”. Teraz „ekskluzywne grono” będzie płaciło najwyższe rachunki. Luksus kosztuje.

Jednak wbrew wszelkim czarnym prognozom po upadku euro krowy nie przestaną dawać mleka, a piekarze piec bułek. W Polsce perturbacje z tego tytułu będą relatywnie niewielkie i najbardziej dotknie to sektory ściśle związane z zagranicznymi przedsiębiorstwami. Te bowiem przez pewien okres nie wydadzą ani złotówki na to, na co absolutnie nie muszą, ale na ziemniaki do chipsów wydadzą. Podobnie zachowa się część polskich firm. Potem wszystko wróci do normy.

Tak czy inaczej polski biznes i Polacy powinni się szykować na ciężkie czasy, bowiem pole dla sztuczek księgowych i dalszego zadłużania się zostało już prawie całkowicie wypełnione. Co prawda lord Keynes twierdził, że można wydawać więcej, niż się zbiera z podatków, bo „w dłuższej perspektywie wszyscy będziemy martwi”, ale martwy to dzisiaj jest model europejskiego państwa, które się wszystkim zajmuje i wszystko finansuje. Koniec marzeń o pokonaniu matematyki.

Nie pokonamy matematyki. Europę czekają ciężkie czasy