Perspektywa wyjścia Grecji ze strefy euro może mieć dla Greków m.in. tę przykrą konsekwencję, że ich oszczędności zgromadzone w greckich bankach zostałyby zamienione na drachmy i zapewne narażone przy tym na znaczną utratę wartości. Dlatego cześć Greków woli nie czekać na rozwój wydarzeń. Prezydent Grecji powołując się na prezesa banku centralnego, powiedział wczoraj, że Grecy wycofali z banków 700 mln EUR (Bloomberg nie podaje w jakim czasie).

Sama operacja zamiany walut  - o ile rzeczywiście nie zostały w tym kierunku podjęte dotąd żadne kroki - przyniosłaby totalny chaos greckiej gospodarce, dlatego nawet jeśli przyszłym zwycięzcom w wyborach parlamentarnych (odbędą się 10 czerwca, dwa dni po meczu na Euro z Polską, który w tej sytuacji może w Grecji zostać w ogóle nie zauważony) marzy się opuszczenie strefy euro, nawet oni będą musieli zagrać na czas, aby przygotować się do zamiany walut.

Z tego wniosek, że wkrótce powinien pojawić się jakiś optymistyczny sygnał w sprawie pozostania Greków w strefie, także ze strony greckich polityków. W przeciwnym razie do czasu wyborów greckie banki mogą być już zrujnowane, a wyborcze zwycięstwo pyrrusowym.

Tymczasem indeksy giełdowe coraz niżej poszukują wsparcia, na którym mogłyby się oprzeć po ostatniej serii spadków. Niestety Dow Jones spadł po raz ósmy z kolei i choć w trakcie sesji wyglądało na to, że znalazł wreszcie przystanek, to pod koniec dnia nerwy wzięły górę. Indeks stracił 0,5 proc. Przewaga pesymistów w końcówce sesji świadczy jak najlepiej o sile aktualnego trendu, którego nadzieje na przerwanie pokładane są jedynie w tym, że seria spadków trwa już zbyt długo.
Dla Azjatów są to nadzieje zbyt słabe. Kospi spadł dziś o 3,1 proc., a Nikkei o 1,1 proc. Na godzinę  przed końcem notowań Hang Seng także spadał o 3 proc. Dla wszystkich wytłumaczeniem przeceny jest jedno słowo - Europa.

Europa zacznie od kontynuacji spadków. Myślę, że po takiej serii (na dziewięć ostatnich sesji siedem przyniosło spadek indeksów)  nie można już liczyć tylko na zbyt duże pokłady pesymizmu, które powinny uaktywnić popyt ze strony spekulantów, ponieważ drugie wyjście - to jest rozbudzenie strachu i przyspieszenie przeceny - także staje się coraz bardziej prawdopodobne z każdym dniem. Tymczasem licząc od marcowych szczytów londyński FTSE stracił ok. 10 proc., a paryski CAC40 ponad 15 proc. Wygląda na to, że w obu przypadkach (ale dotyczy to także innych indeksów) wskaźniki zmierzają w stronę dołków z jesieni, ale są nieco dalej niż w połowie drogi. 

WIG20 jest już natomiast pod jej koniec (brakuje jeszcze spadku o 1 proc.  i znajdzie się poniżej jesiennych dołków).  Myślę, że każdy wie jakie mogą być konsekwencje dalszego spadku i nie ma sensu się nimi masochizmować.

Emil Szweda