Z jednej strony powinniśmy się cieszyć. Polskie Ministerstwo Finansów będzie miało dodatkową motywację do walki z nadmiernym deficytem i długiem. Problemy pojawią się jednak w momencie, gdy Polska tę walkę zacznie przegrywać.

To tzw. warunkowość makroekonomiczna. Określenie po brukselsku napuszone, ale które warto zapamiętać. Po pierwsze: od niego będzie zależeć wysokość kwot przelewanych z UE. Po drugie: mimo że jesteśmy poza euro, zostaniemy objęci pośrednim systemem kar za łamanie paktu fiskalnego.

Są również inne budżetowe rafy. Na przykład ortodoksyjne sprawdzanie zasadności wydawania pieniędzy. Polska nie ma supersprawnej administracji. Nie ma również efektywnego systemu kontroli nad milionami z UE. Dowiodły tego ostatnie problemy z programem Innowacyjna Gospodarka (IG). Jak pisaliśmy, Bruksela wciąż wstrzymuje ponad 300 mln euro dla Polski. W tle czuć korupcyjny smrodek. Każda tego typu sprawa będzie w przyszłości rozpatrywana na niekorzyść Polski. Płatnicy netto do budżetu zrobią wszystko, by udowodnić odbiorcom pieniędzy z funduszy strukturalnych, że na nie nie zasługują. Trudno przy tym uwierzyć, że do 2014 roku nastąpi przełom i problemy takie jak z IG znikną, a Polska administracja przyjmie skandynawskie standardy.

Konkludując: nowy budżet może i będzie większy. Zarazem jednak obwarowany taką regulacyjną infrastrukturą, by trudno było się do niego dobrać.