Kolejne szczyty ostatniej szansy nie rozwiązały problemu, co gorsza, pod koniec 2011 roku kryzys finansowy w Europie wygląda znacznie poważniej niż jeszcze rok temu. O ile na początku 2011 roku główna obawa dotyczyła ryzyka utraty płynności Hiszpanii, o tyle teraz ryzyko utraty płynności dotyczy siódmej największej gospodarki świata. Niewłaściwe zarządzanie w kryzysie doprowadziło do tego, że Włochy, które od lat były w stanie obsługiwać swój dług na poziomie 120 proc. PKB, straciły wiarygodność jako kraj, który jest w stanie obsługiwać swój dług. Gdyby dwa lata temu doprowadzić do normalnego bankructwa Grecji, z przejęciem za nią odpowiedzialności przez MFW, dziś nie mielibyśmy problemu Włoch.

Brak przywództwa widać nie tylko w Europie, lecz także na całym świecie. Ameryka dziś nie czuje się odpowiedzialna za losy świata, ma wystarczająco dużo własnych kłopotów, aby zajmować się problemami innych. Stąd też strategia gospodarcza Amerykanów na wychodzenie z kryzysu m.in. poprzez politykę QE (monetarnego luzowania), czyli drukowania wciąż najbardziej pożądanej waluty świata. To podtrzymywanie popytu prowadzi w dłuższym okresie do wzrostu nierównowagi na świecie, w krótkim okresie może jednak dać Ameryce dodatkowy wzrost. Zgodnie z teorią ekonomii dolanie pieniądza do gospodarki realnego wzrostu nie tworzy, wywołuje wyłącznie inflację (ale nie od razu). W przypadku USA jednak polityka FED wpływa nie tylko na gospodarkę amerykańską, lecz także na gospodarkę całego świata, też negatywnie. Amerykanie za bardzo tym się jednak nie przejmują.

Nie jest też dla mnie zrozumiała postawa krajów pozostających poza strefą euro w sprawie Włoch. O ile problem Grecji czy nawet Portugalii, Irlandii i Hiszpanii był problemem wciąż jednak europejskim, o tyle wyzwanie związane z płynnością Włoch jest już problemem globalnym. Utrata płynności przez siódmą gospodarkę świata nie będzie wyłącznie zmartwieniem Starego Kontynentu, ale również i kontynentów pozostałych. Kiedy widać, że Europejczycy sami nie radzą sobie z problemem, do akcji powinny wkroczyć największe potęgi gospodarcze świata, włączając w to Wielką Brytanię i Stany Zjednoczone, za pośrednictwem MFW. Jak na razie mamy niestety do czynienia z wręcz odwrotną tendencją: wypchnięciem Wielkiej Brytanii ze spraw europejskich i zupełnie ambiwalentną postawą USA.

No, może przesadziłem z tą ambiwalencją, wystarczy przypomnieć wizytę Timothy Gartnera we Wrocławiu nawołującego do rozwiązywania kryzysu w sposób podobny jak w Ameryce po upadku Lehman Brothers. Przypomnę tylko, że reakcje Europejczyków na tego typu wypowiedzi były, używając języka dyplomacji, niezbyt entuzjastyczne. A szkoda, bo amerykański sposób rozwiązywania kryzysu zadłużenia okazał się skuteczny. Jeszcze kilka miesięcy temu na sugestie MFW wskazujące na potrzebę dokapitalizowania banków Europejczycy reagowali alergią. Dzisiaj jest już jasne, że banki w Europie muszą zaabsorbować straty związane z niewypłacalnością krajów peryferyjnych. Obawiam się, że kwota niezbędnego dokapitalizowania będzie znacznie wyższa niż 100 mld euro oszacowane na jednym z ostatnich szczytów. Wciąż jednak decydenci europejscy są kilka kroków za wydarzeniami. A inni stoją z boku, uznając, że to wciąż problem wyłącznie wewnętrzny.

Utrata płynności Włoch, siódmej gospodarki świata, jest problemem globalnym. Jednak Europa sobie z tym nie radzi, a inni stoją z boku

W tym roku odbyło się już kilka szczytów europejskich, w tym kilka ostatniej szansy. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że ich celem było uspokojenie rynków finansowych, a nie realne rozwiązanie problemów. Dzisiejszy przywódcy najchętniej wyłączyliby ocenę rynków finansowych i pozostawili sytuację gospodarczą taką, jaka jest, no być może z wyjątkiem Grecji, którą po dwóch latach kryzysu większość już jest skłonna uznać za bankruta. Zrzucanie winy za obecny kryzys na rynki finansowe to jak obarczanie termometru winą za gorączkę. Termometr doskonały nie jest, a źle używany niedokładnie mierzy. Ale mierzy. A gorączka jest efektem wielu lat, utraty konkurencyjności i przyrostu zadłużenia. No cóż, do wielu polityków europejskich to nie dociera.

Rok 2011 to kryzys przywództwa. Nie widać dziś w Europie polityków, którzy byliby w stanie podejmować decyzje wbrew sondażom opinii publicznej, decyzje, których celem byłyby efekty długofalowe, takie które trzeba by społeczeństwu tłumaczyć, ryzykując swą popularność i polityczne poparcie. Szkoda, bo dzisiejsze wyzwania takich właśnie decyzji wymagają.