Jest tylko jedna różnica między tym, co było trzy lata temu, a obecną sytuacją. Wtedy kilku ludzi wzięło się w garść, w ciągu kilku dni przygotowało program ratunkowy i szybko go wprowadziło w życie. Lepiej czy gorzej, ale zadziałał.

Ekonomiści i politycy grożą, że równie mało czasu zostało na ratowanie strefy euro. „To ostatni tydzień” – krzyczą tytuły gazet. Tymczasem Angela Merkel i Nicolas Sarkozy zaserwowali nam wczoraj kotlet bez smaku. W dodatku odgrzany. Ustalili, że kary za złamanie dyscypliny budżetowej w krajach strefy euro mają być automatyczne i potwierdzone w traktatach unijnych. Zgodzili się, że trzeba zrezygnować z euroobligacji i zostawić w spokoju Europejski Bank Centralny. To być może dobre informacje, tylko że nie przynoszą oczekiwanego przełomu. Nie ma tu nic nowego. Widać, że dalej o wszystkim będą decydować Berlin i Paryż. Za chwilę czwartkowo-piątkowy szczyt UE w Brukseli, potem kolejne spotkania, długie debaty, zgniłe kompromisy. Niektóre ustalenia i tak obywatele mogą odrzucić w referendach. Niektóre wejdą w życie gdzieś za rok. W tym czasie Francuzi co innego mówią, co innego robią. Minister finansów Francois Baroin zapowiedział, że mimo ostrzeżeń agencji S&P nowych oszczędności szukać nie będzie w ogóle. Dalej więc brakuje woli działania i pomysłu, jak szybko zatrzymać pikowanie tego samolotu, czy, jak wyraził się ostatnio rzecznik rządu Paweł Graś, pożar domu. Pali się pierwsze piętro, a my jesteśmy na drugim i nie mamy jak uciec.

Cała obecna sytuacja mniej lub bardziej przypomina to, co działo się w Ameryce w końcu września 2008 roku po bankructwie Lehman Brothers. Kulisy przygotowań do ratowania systemu finansowego w postaci programu TARP pokazał emitowany w ostatnią niedzielę w HBO film „Za duży, by upaść”. Europejscy liderzy powinni go jak najszybciej obejrzeć. Zobaczą, jak amerykański sekretarz skarbu Hank Paulson i jego prawa ręka Neil Kashkari miotali się, panikowali, szukali po omacku rozwiązań, w kilka dni je znaleźli i szybko przeprowadzili całą kontrowersyjną operację.

Kiedy Hank Paulson ratował świat po upadku Lehman Brothers, decyzje zapadały w ciągu kilku dni. Merkel i Sarkozy ratują latami. Za długo

Sam Kashkari, który przybrał na wadze kilkanaście kilogramów, jedząc w stresie bez przerwy czipsy Doritos, wziął potrzebną do uruchomienia programu ratunkowego sumę 700 mld dolarów z sufitu. W wersji pokazanej w filmie, gdy z Paulsonem zastanawiali się, ile pieniędzy będzie potrzebne, na swoim BlackBerry dodał 11 bln dolarów kredytów hipotecznych, 3 bln komercyjnych i wziął z tego 5 proc. Według innych relacji Kashkari zapytał: „Może bilion?”. Na co Hank Paulson stanowczo pokręcił głową. „No dobra, to może 700 mld?”. Nie mieli pojęcia, czy Kongres zgodzi się i czy program odniesie jakikolwiek skutek. Skupowano trefne aktywa należące do instytucji finansowych, a potem pompowano do zagrożonych banków kwoty również wzięte z sufitu. Dziś wygląda to wszystko dość groteskowo, ale na pewno poważniej niż długie i bezpłodne negocjacje związane z ratowaniem strefy euro.

Program TARP nie był mistrzostwem świata. Jestem daleki od chwalenia go. W zamian za pomoc banki miały m.in. ograniczyć rozbuchane płace kierownictwa i wzmóc akcję kredytową, by ratować gospodarkę. Nic takiego nie miało miejsca. Nie brakuje głosów ekonomistów, że system finansowy i tak by się ustabilizował, a na zdrowszych zasadach niż faktyczna nacjonalizacja. Ale może i dobrze, że słuszności tej tezy nie musieliśmy już sprawdzać w praktyce.

W sprawnym przeprowadzeniu operacji zapewne pomogło wówczas to, że niemal wszyscy wokół pracowali wcześniej w banku Goldman Sachs i mieli wspólny język. Sarkozy i Merkel takiego języka nie mają, a Unia jest podzielona jak nigdy.

Wtedy wystarczyło 700 mld dol., teraz może być potrzebna kwota dwa razy wyższa i nie ma już kolejnej instancji. Państwa wówczas ratujące banki same są teraz zagrożone. Włosi ogłosili właśnie oszczędności na 30 mld euro, podczas gdy tyle wynoszą same ich odsetki, a cały dług sięga 1,9 bln euro. Pętla się zaciska.

W filmie „Too Big to Fail” reżyser wydobył klimat groteski i zagubienia, zatrudniając komediowych aktorów. Paul Giamatti, gwiazda „Kac Vegas w Bangkoku”, zagrał szefa FED Bena Bernankego, Tony Shalhoub, serialowy detektyw Monk – Johna Macka, szefa Morgan Stanley. Towarzyszyły im gwiazdy z „Seksu w wielkim mieście” i „Californication”. Ciekawe, kogo reżyser obsadzi w kolejnym filmie pokazującym tym razem obecne wydarzenia w Europie. Rowan Atkinson w roli Sarkozy’ego? A może Eddy Murphy? Czemu nie? To wszystko to już nic innego jak czarna komedia.