Europa musi być bardziej zjednoczona, a integracja ściślejsza. Takie oto słowa całkiem często padają z ust polityków, także polskich. Taki też pewnie kontekst miała słynna już wypowiedź ministra Jacka Rostowskiego o możliwości wojny na Starym Kontynencie. Jednak słowa polskiego ministra finansów odwoływały się do samych fundamentów Unii Europejskiej i strefy euro, a w tym znaczeniu nie można odmówić im słuszności: jednym z podstawowych celów integracji europejskiej było uniknięcie konfliktów zbrojnych. I w tym sensie eksperyment się udał, co więcej, lepiej nie eksperymentować z europejską dezintegracją.

Natomiast nadziwić się nie mogę, gdy słyszę tu i ówdzie nawoływania, że już teraz, zaraz, współpraca państw Unii powinna być jeszcze głębsza, Wspólnota jeszcze bardziej zjednoczona i tak dalej. Słowa te brzmią pięknie i jedyną ich wadą jest to, że są całkowicie puste. Przede wszystkim dlatego, że jesteśmy świadkami procesu idącego w zupełnie inną stronę. Weźmy chociażby wiadomości z wczoraj: Moody’s grozi obniżką ratingu dla wszystkich państw Unii, „Financial Times” zapowiada upadek strefy euro w ciągu dziesięciu dni, ale – uff – Belgom i Włochom jakoś udało się sprzedać swoje obligacje. Gdzie tu jest grunt do jakiegokolwiek pogłębiania integracji? W dodatku całą Unię poraził niemiecko-francuski pomysł, który z integracją 27 państw ma niewiele wspólnego, czyli powołanie superstrefy euro grupującej państwa o najlepszej sytuacji finansowej. Mielibyśmy już zatem Europę czterech wręcz prędkości: superstrefę euro, zwykłą strefę euro, państwa Unii niemające europejskiej waluty oraz kraje europejskie niebędące w UE.

Niestety, mamy taki czas, że większą szansę na jakąś formułę realizacji mają właśnie tego rodzaju pomysły, a nie apelowanie o pogłębienie europejskiej współpracy. I jest to zupełnie naturalne. Widać już granicę, poza którą nie chcą wyjść bogatsi i bardziej uporządkowani przy próbach pomocy biedniejszym bądź żyjącym ponad stan. A ta granica nazywa się pogorszenie własnej sytuacji poprzez rozchwianie stanu finansów publicznych, utratę wiarygodności lub doprowadzenie do wysokiej inflacji. Przecież najłatwiejszym wyjściem z obecnych tarapatów strefy euro byłby nielimitowany wykup obligacji przez Europejski Bank Centralny, czyli de facto drukowanie pieniędzy. Dlaczego Niemcy i Francuzi jeszcze do tego nie doprowadzili? Ano między innymi dlatego, że obawiają się naturalnej konsekwencji takiego posunięcia, czyli wzrostu inflacji. Problem polega na tym, że na dobrą sprawę może nie być innego wyjścia. Żeby ratować sytuację, maszyny drukarskie i tak prędzej czy później muszą ruszyć pełną parą.

Wracając jednak do kwestii mało w tej chwili wyobrażalnej, czyli europejskiej integracji na jeszcze wyższym poziomie. Otóż abstrakcyjność tego typu deklaracji polega również na tym, że kompletnie nie wiadomo, co tak naprawdę miałoby zostać wdrożone. Nie ma dobrego pomysłu na opanowanie bieżącej dramatycznej sytuacji, a tym bardziej na rozwiązania systemowe. Owszem, nad Europą krąży pomysł stworzenia superrządu, który kontrolowałby i w jakimś stopniu wpływał na finanse członków Unii. Tyle że pomysł taki na razie pogłębia podziały wśród państw UE i nie budzi większego entuzjazmu wśród społeczeństw – choćby brytyjskiego – które boją się ograniczenia suwerenności swoich krajów. A gdyby nawet... Wdrażanie tego rodzaju mechanizmu zajęłoby całe lata, z całą karuzelą zmieniania europejskich traktatów, towarzyszących temu referendów i tak dalej. A do tego czasu kryzys będzie już dalekim wspomnieniem – pytanie, czy takim wspomnieniem będzie również eurostrefa.

Nawoływania do europejskiej jedności są niewątpliwie szlachetne. Trzeba tylko jednak pamiętać, że strefa euro i poniekąd cała Unia przeżywa najgłębszy kryzys w swojej wcale nie takiej długiej historii. I odpowiedzialność za cały wspólnotowy projekt nie powinna polegać na rzucaniu słów na wiatr. Owszem, integrujmy się i zacieśniajmy więzi. Tylko powiedzcie nam, drodzy europejscy politycy, jak.