Jak informują agencje, brytyjski premier David Cameron spotkał się wczoraj z Donaldem Tuskiem, aby przekonywać do konieczności zwołania w środę szczytu całej UE, a nie tylko strefy euro.

Zostawmy na chwilę problemy wspólnej waluty. Pomysł Owena i inicjatywa Camerona to dobra okazja, by przeanalizować dylematy polskiej dyplomacji wobec zagrożenia, jakim jest Europa dwóch prędkości.

Dla Polski taki podział to degradacja do ligi wykluczonych. Ale jadąc pociągiem drugiej klasy, unikamy dorzucania się do ratowania bankrutów takich jak Grecja. Z głowy mamy dylemat Słowacji, która za bilet pierwszej klasy zapłaci prawie tyle, ile dostała z polityki spójności.

Co na dłuższą metę jest bardziej opłacalne? Bycie wykluczonym czy jazda pierwszą klasą? Dopóki „17” zajmuje się ratowaniem wspólnej waluty, trudno kwestionować sens tego, co Nicolas Sarkozy nazywa rządem gospodarczym. Załamanie systemu bankowego i upadek euro to też wymierne straty dla Polski. Bez sensu wchodzić w buty blokującego. Jednak jeśli „17” zacznie się instytucjonalizować, wszystko nabiera nowych barw.

Powołanie przewodniczącego rady unii walutowej czy komisarza ds. budżetów państw strefy euro to zapowiedź długotrwałego rozjazdu Europy. Również na czasy po kryzysie. Nie ma gwarancji, że rząd gospodarczy, gdy nie będzie musiał zajmować się problemami dokapitalizowania banków, nie zajmie się ustalaniem nowych definicji jednolitego rynku. I może się okazać, że jednolity rynek to rynek 17, nie 27 państw. Obawiają się tego Brytyjczycy. Również z polskiego punktu widzenia próby manipulowania przy jednolitym rynku powinny być kwestionowane. Bo to on jest największą korzyścią z przynależności do UE. W dłuższej perspektywie Europa dwóch prędkości będzie dla Polski niekorzystna. Powinniśmy być zainteresowani wejściem do budowanej właśnie małej Unii. Jazda drugą klasą opłaca się tylko do pewnego momentu.