Wystarczyło 11 lat, by rząd dokonał poważnej zmiany w II filarze emerytalnym, czyli w OFE. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że jak przyjdzie potrzeba, ten gabinet albo inny zdecyduje się na kolejną poprawkę.

A co jeśli potrzeba będzie więcej pieniędzy? Obawiam się, że pojawią się pomysły opodatkowania IKE albo wręcz wcielenia tych środków do ZUS. Bo jak udowadniała minister Jolanta Fedak, żadna prywatna firma nie da ubezpieczonym takich zysków jak ZUS.

Wkrótce pojawi się możliwość oszczędzania na indywidualnych kontach zabezpieczenia emerytalnego. Tutaj wabikiem ma być ulga w podatku dochodowym. Ale to, co podatników wabi, na ministra finansów działa jak płachta na byka. I jeśli pojawi się szansa na likwidację tego upustu, zniknie on jeszcze szybciej, niż się pojawił.

Wcale mnie nie dziwi, że IKE ma niespełna 800 tys. osób. To ci niepoprawni – i dostatecznie zamożni, aby odkładać część zarobków – optymiści. Ale to ci, którzy nie mają IKE, zachowują się bardziej racjonalnie.

Część z nich – ta, która nie odkłada pieniędzy na przyszłość, bo nie chce lub nie może – stawia na program emerytalny JTB, czyli jakoś to będzie. Wielu z nich doskonale wie, że za jakiś czas emeryci będą potęgą i politycy, którzy będą chcieli zaszkodzić klientom ZUS, nie będą mieli szans nawet na wejście do rady gminnej, nie mówiąc o Sejmie.

Inni zaś – ci, którzy pamiętają, że żaden polityk nie dotrzymuje słowa, zwłaszcza danego przez poprzedników czy rywali – stawiają na system RSS, czyli radź sobie sam. Oni chcą zapewnić sobie godną starość dzięki inwestowaniu w swoje firmy, w ziemię, w wykształcenie dzieci albo odkładając pieniądze w bankach lub firmach ubezpieczeniowych bez podawania konkretnego celu i nie czekając na żadne ulgi. I oni właśnie zachowują się najrozsądniej.