Straty, straty, straty. Indeksy głównych giełd spadają już średnio o 20 – 30 proc. od tegorocznych szczytów, a na ogarniętych paniką rynkach kursy akcji poruszają się jak winda w drapaczu chmur. A jednak nie brakuje takich, których ten obrót spraw cieszy, bo go przewidzieli i teraz zarabiają.

W końcu lipca tajemniczy inwestor postawił 850 mln dolarów na obniżkę ratingu Stanów Zjednoczonych. Za każdego postawionego dolara zarobił 10. Brytyjskie media sugerują, że był to znany inwestor George Soros, który niedawno ogłosił odejście na emeryturę. Oddałby więc swój ostatni strzał. Media stawiają też pytanie, czy Soros nie wykorzystał świetnych kontaktów w Białym Domu, by zdobyć tę informację, zanim agencja Standard & Poor’s ogłosiła publicznie swą doniosłą decyzję. Dowodów nie ma, sam Soros zaprzecza, ale sytuacja ta ponownie zwróciła uwagę na problem tzw. insider tradingu. Polega on na wykorzystywaniu informacji poufnych do zarabiania na giełdzie. Ameryka żyje obecnie procesem Raja Rajaratnama, prezesa funduszu hedgingowego Galleon, byłej gwiazdy Wall Street. Rajaratnam korzystał z całej siatki informatorów w korporacjach.

Jeśli nie ma się poufnej informacji, można rozsiewać plotki. Tak jak jesienią 2008 roku, gdy inwestorzy uwierzyli w pogłoski o odcięciu linii kredytowej bankowi Lehman Brothers, w efekcie czego kurs akcji banku runął. We wtorek doszło do załamania na giełdach, gdy pojawiły się pogłoski o planowanej obniżce ratingu Francji. Rozsiewający je obstawili wcześniej spadki na parkiecie, zwłaszcza kursów akcji banków, które najbardziej dostają w skórę w takiej sytuacji. Obłowili się niemiłosiernie. W jaki sposób? Za pomocą krótkiej sprzedaży (inwestor pożycza akcje od biura maklerskiego, sprzedaje je, kiedy tanieją, ponownie kupuje i oddaje do biura, zarabiając na różnicy w cenie). Technikę tę wykorzystują duzi inwestorzy indywidualni i brokerzy. Korzystają ze specjalnych programów komputerowych, które przewidują reakcje innych graczy, zachowanie tłumu.

Brokerzy siedzą teraz w dealing roomach banków i od rana do nocy wpatrują się w monitory z wykresami kursów akcji. Zarabiają na prowizjach, więc ostatnie dni to dla nich okres żniw i niejeden zarobił już na emeryturę.

Oczywiście i zwykły ciułacz też może zyskać na krachu. Sprzedaje posiadane akcje i odkupuje już większą ich ilość, gdy tanieją. Gdy kurs nawet na chwilę podskoczy, pozbywa się ich. Taka strategia wymaga jednak dużego szczęścia. Może się bowiem okazać, że kursy zamiast rosnąć, dalej podążają, jak to się określa w giełdowym żargonie, na południe. Wtedy inwestor krótkoterminowy, jeśli nie pogodzi się ze stratami, staje się inwestorem długoterminowym, który cierpliwie czeka na lepsze czasy.