Gdyby więc poziom cen ropy wprost odnosić do stanu światowej gospodarki, trzeba by przyznać, że w ciągu tych dwóch lat byliśmy świadkami jakiegoś gigantycznego przyspieszenia. Tak podpowiada zdrowy rozsądek. Tyle że to nieprawda. Świat, owszem, liże rany po kryzysie, choć tak do końca nie wiadomo, czy określenie „po” jest już uprawnione. W każdym razie nie ma już objawów ostrego hamowania. Nawiasem mówiąc, gdyby stan gospodarki podczas eskalacji kryzysu znów odnieść do cen ropy, moglibyśmy mówić o katastrofie. W kilka miesięcy zjazd ze 150 dolarów za baryłkę do wspomnianych 40. Ekonomiczny Armagedon? Przecież wiemy, że to nieprawda, choć kryzys był oczywiście dotkliwy.

To żadne odkrycie, że te towary, których ceny rosną w tej chwili najszybciej – surowce, metale szlachetne, żywność – zyskują na wartości nie dlatego, że z jakiegoś powodu zaczyna ich na świecie brakować, lecz dlatego, że są przedmiotem gry inwestycyjnej potocznie zwanej spekulacją. A tu co najmniej na równi liczą się wielkie pieniądze, a tych na świecie jest pod dostatkiem dzięki na przykład kilku decyzjom o ich dodrukowaniu, ale także wielkie emocje i wieści z realnej gospodarki. Świadkami zadziałania tej mieszanki byliśmy w ostatni czwartek, kiedy okazją do przekłucia napompowanego balonu cen surowców stały się dane o rysującej się barierze popytu. Konsumenci, zwłaszcza w Stanach, niekoniecznie mogli chcieć kupować drogą benzynę. To wystarczyło, reszta to sprawa emocji. Ceny baryłki ropy spadły o 15 procent. Chociaż na świecie nie pojawił się żaden wyraźny zestaw wskaźników mówiących o możliwym głębszym hamowaniu gospodarczym.

Czy zatem wobec tego szaleństwa zdrowy rozsądek do niczego jest już niepotrzebny i pozostaje nam tylko gotować się ze złości w sklepach i na stacjach benzynowych? To prawda, na bieżącą wysokość cen niewiele poradzimy, no może tylko nie najlepszym pomysłem jest kupowanie dużych zapasów cukru w szczycie cen, jak to było parę tygodni temu. Natomiast w tak zwanej dłuższej perspektywie trzeba się zdać właśnie na zdrowy rozsądek. Jest drogo, zbyt drogo i już widać, że nerwy inwestorów pękają. Analitycy wskazują zresztą, że to, co wydarzyło się w zeszłym tygodniu, może stanowić tylko preludium do dalszych spadków. Dosyć otwarcie mówią o ropie za 90 dolarów, a może i niżej. Gdybym inwestował w surowce, kruszce czy żywność, nie czułbym się specjalnie komfortowo.

Jednocześnie nie spodziewałbym się tak bezwzględnego przekłuwania inwestycyjnych bąbli, jak w 2008 i 2009 roku. Jednak światowa gospodarka jest w innym, lepszym miejscu i nie mamy tej skali napompowania rynków. Co więcej – i tu niestety zdrowy rozsądek każe powstrzymywać się przed erupcją optymizmu, że drogo już było – obecne bańki mają inny charakter niż większość tych ostatnich. Bardziej, jeżeli można to tak określić, perfidny. Początek wieku to bańka pod tytułem internet, czyli biznes, który dopiero raczkował i wyglądał jeszcze dosyć abstrakcyjnie. Lata 2007 – 2008 i trochę wcześniej – sektor finansowy, nieruchomości, surowce i żywność. Teraz – surowce, żywność i w pewnym zakresie metale szlachetne. Czyli dwie dziedziny bezpośrednio dotykające konsumentów, po prostu takie, bez których ludzkość nie może się obejść, tak jak mogła się obejść bez tysięcy pustych mieszkań czy sklepu internetowego. Potężne pieniądze wielkich inwestorów skoncentrowały się na podstawowych dziedzinach życia.

Czarny sen o benzynie na przykład po 6 złotych za litr pewnie rychło się nie ziści. Pewnie napompowane ceny innych surowców i żywności spadną, choć znów dzisiaj słychać o idącej w górę pszenicy i kawie najdroższej od dziesięcioleci. Ale spadki pewnie nie będą głębokie, tak żeby solidnie westchnąć z ulgą. Jednak naprawdę tanio to już było.