Tymczasem my zajmujemy się Wariatkowem, z jego pochodami przy świecach i Smoleńskiem. A w najlepszym razie rozprawiamy o OFE, jakby to był wyizolowany, wyłącznie krajowy problem, bez żadnego międzynarodowego kontekstu. A jeśli dochodzą już do nas z Europy ważne sygnały, to politycy, a także media, reagują na nie w sposób frywolny albo świętym oburzeniem.

Gdy dociera do nas raczej oczywisty fakt, iż o problemach wzmocnienia dyscypliny fiskalnej w strefie euro rozmawiać będą ci, którzy zaangażują w to przedsięwzięcie własne zasoby i ponosić będą konsekwencje podejmowanych przez siebie kroków, oburzamy się, że powstaje „Europa dwóch prędkości”. (Tak na marginesie, mieliśmy szansę dostosować się do pierwszej prędkości w latach 2004 – 2007 i ta szansa przeszła nam koło nosa, gdy tymczasem Słowacy zdążyli i już są w środku).

Zamiast dąsać się, trzeba odpowiedzieć sobie na pytania o strategicznym znaczeniu. Po pierwsze, czy chcemy wejść do strefy, w której, jak inni, którzy tam należą, będziemy mieć ograniczone pole do populistycznych manewrów fiskalnych? Osobiście jestem za, wyjdzie to naszej gospodarce, a więc i nam, tylko na zdrowie. Ale mamy też i drugą stronę medalu. Strefa euro, a w niej Francja i większość państw przeciążonych socjalem, chce harmonizacji podatków, co nam niewątpliwie pogorszyłoby warunki konkurowania. Po drugie więc, czy chcemy wejść do takiej strefy, czy też nie? Rzeczowy, pozbawiony emocji bilans kosztów i korzyści w tych i innych kwestiach wydaje się absolutnie konieczny.

Wreszcie, strategiczne pytania powinny odnosić się także do skrajnych scenariuszy. Jak mawiał słynny futurolog Herman Kahn, należy myśleć i o tym, co wydaje się nie do pomyślenia. Nie można wykluczyć, że rozwiązania przyjęte w kwestii strefy euro zakończą się, jak to już nieraz w UE bywało, kompromisem, który zaklajstruje problemy na czas jakiś, aby potem wybuchły z nową siłą.

To kolejne pęknięcie może już być ostatnim i jeśli się zdarzy, mogą powstać swoiste dwie strefy euro. Po pierwsze, grupa zdyscyplinowanych krajów, zapewne z Niemcami jako liderem, które będą chciały utrzymania silnej waluty i twardych reguł polityki ekonomicznej. I po drugie, nieco amorficzna grupa krajów też chcących wspólnej waluty, lecz jednocześnie bardziej miękkich reguł polityki ekonomicznej. Jeśli wierzyć przeciekom politycznym, byliśmy podobno o krok od takiego pęknięcia, w którym liderem tych miękkich miała być Francja. W końcu konflikt zaklajstrowano, ale nierozwiązane problemy z pewnością powrócą.

Zasadniczym pytaniem będzie wówczas to, z kim należy trzymać w imię długookresowych interesów ekonomicznych kraju. Autor niniejszego jest przekonany, że w interesie Polski, a także większości krajów „ósemki”, która weszła do UE w 2004 r., leży integracja ze zwolennikami twardych reguł polityki ekonomicznej. Nasza konkurencyjność w świecie, nie tylko w Europie, może tylko na tym zyskać. Tak więc nie należy oburzać się, perorować o sprawach trzeciorzędnych (np. o tym, że nie wolno dopuścić do rozbicia polityki spójności!), lecz serio rozważać za i przeciw różnym scenariuszom przyszłości.