Śledzenie poczynań związkowców to zajęcie lekko perwersyjne, związkowców z KGHM – to już perwersja większego kalibru. Ale cóż, czasami trzeba. Zwłaszcza jeżeli działacze, którzy dawniej przekraczali granice śmieszności, teraz przekraczają granice przyzwoitości.

A poszło o wysokość pensji dla członków zarządu. Prezes KGHM Herbert Wirth, który zarabiał 41 tys. brutto miesięcznie, ma zarabiać 85. Taka była decyzja rady nadzorczej. A my? – upomnieli się związkowcy. Przecież walczymy o 300 zł podwyżki dla każdego pracownika KGHM, a tej zarząd dać nie chce. I zaczęła się zwykła śpiewka: grożenie strajkiem, protestami i Bóg wie czym jeszcze.

To patologia. I nie o Wirtha tutaj chodzi, tylko o zasady. Owszem, 85 tys. miesięcznie to dla przeciętnie zarabiających kwota z kosmosu. Ale nieśmiało przypominam, że zarządzanie firmą zatrudniającą kilkanaście tysięcy ludzi – pomijając już wszystko inne – to potężna odpowiedzialność, w tym karna. A i tak nawet po tej nieszczęsnej podwyżce pensje w zarządzie KGHM będą umiarkowane na tle innych spółek giełdowych. Mimo rekordowego zysku, jaki w tym roku wypracuje koncern.

Druga zasada, którą warto przypomnieć, jest taka, że każda firma powinna się zajmować tym, na czym się zna najlepiej. W przypadku KGHM wydobyciem i hutnictwem. Na swoje nieszczęście koncern musi utrzymywać też związkowców. Idą na to niemałe pieniądze, o czym „DGP” miał już okazję pisać. Jak rozumiem, związkowa logika jest mniej więcej taka: bycie działaczem ma być sowicie opłacane, bycie prezesem osiągającym znakomite wyniki – już nie.

A przecież całej awantury by nie było, gdyby KGHM funkcjonował jak zwykła prywatna firma, a nie ułomny państwowo-publiczny konglomerat. To najłatwiej doprowadziłoby do sytuacji, w której o wynagrodzeniu zarządu decydują silni właściciele, a nie kto inny, czyli na przykład związkowcy. Tyle że pomysły na dokończenie prywatyzacji koncernu przepadają od lat. Jakoś nie ma chętnych i odważnych do starcia ze związkowcami.