Wyobraziłem sobie, jak w Walii, daleko na północ od Londynu, działa cicha, czysta fabryka, gdzie grupa oddanych rzemieślników z wielką atencją wykańcza, maluje i instaluje każdy element kolejnego niesamowitego egzemplarza. I oto prezes Astona Andy Palmer ogłasza w „Financial Timesie”, że bez dalszej robotyzacji powrót firmy do rentowności w 2018 r. nie będzie możliwy. Prowadzona od sześciu lat naprawa finansowa nie uda się, jeśli Aston Martin nie tylko nie wprowadzi na linię produkcyjną więcej robotów, ale i nie doda drukarek 3D do wydruku złożonych, robionych na zamówienie części. Do tej pory Aston szczycił się tym, że używał tylko jednego robota, i to o symbolicznej nazwie James Bonder, czyli Jasiek Sklejacz.

Zatkało mnie. Czyli nawet auta, którego cena najtańszego egzemplarza zbliża się do miliona złotych, nie będzie można rentownie produkować ręcznie? Wprowadzenie robotów w Aston Martinie staje się więc dla mnie symbolem przełomu. To nie tylko zmiana sposobu produkcji. To znak początku końca każdej pracy manualnej. Tak naprawdę pojawia się paradoks – myślę, że umiem sobie wyobrazić, jak będzie wyglądał Aston Martin w 2050 r., ale zupełnie nie umiem sobie wyobrazić, kto – a może raczej co – będzie to auto produkował. Skoro praca ręczna, w starym dobrym stylu nie utrzyma się nawet w tak wyjątkowych miejscach, to w konsekwencji jakie zawody się ostaną?

Nie ma wątpliwości, że technologie radykalnie zmieniają sposób, w jaki pracujemy. Tym samym oddziałują na rynek pracy i konieczne specjalizacje. W jakiej sytuacji będziemy za 30 lat, a może już nawet za 20?

Dwóch ekonomistów z Oksfordu, dr Carl Frey i dr Michael Osborne, twierdzi, że 40 proc. dzisiejszych stanowisk pracy zniknie jako bezpośredni efekt automatyzacji. Inne badania mówią nawet o 60 proc. Wobec informacji o robotyzacji nawet najbardziej luksusowych produkcji ciężko się z tym nie zgodzić. Zawsze wydawało mi się, że w produkcji na zamówienie poza znajomością techniczną liczą się smak, gust, doświadczenie i dusza, a to wszystko nawet w odległej przyszłości ciężko będzie zautomatyzować, zamykając w algorytmach. Tyle że czwarta rewolucja przemysłowa zakłada, iż roboty też będą coraz inteligentniejsze i będą się stopniowo doskonaliły, dokładnie tak jak czeladnicy uczą się od swoich mistrzów. W Singularity University w Palo Alto wykładowcy pokazują, jak uczłowieczony robot na linii produkcyjnej, z uśmiechniętym pyszczkiem wyświetlanym na jednym z ekranów kontrolnych, podpatruje ruchy mistrza, uczy się ich i sam siebie doskonali – na ekranie okazując zadowolenie z postępów. Zawsze kiedyś uczeń mistrza dogoni, tylko że tym razem mistrz się nigdy nie zestarzeje – pomijając, że będzie mógł pracować bez ograniczeń i zawsze na 100 proc. swoich możliwości. Jak zatem będzie wyglądał rynek pracy przyszłości?

Z pewnością będzie zbudowany wokół dwóch słów: elastyczność i zmiana. Jeśli na każde z nich spojrzymy szerzej, bardziej jak na nazwę tendencji, to z łatwością dostrzeżemy, że to koncepcje zupełnie przeciwne do tych, którym przyświecają kodeksy pracy i, ogólnie mówiąc, europejskie przepisy. Tu dominuje sztywność i stałość. Na rynku pracy przetrwają zaś ci, którzy będą najbardziej elastyczni. Zdolność dostosowywania się do coraz nowszych technologii, zmiennych warunków pracy, ale i zatrudnienia wygra na pewno. Automatyzacja i postęp technologiczny nie ustaną – staną się stałym elementem otaczającej nas rzeczywistości.

Wbrew emocjom, które ten fakt wywołuje, nie jest to nic nowego. Od dwóch stuleci postęp technologiczny zmienia rynek pracy, tyle że do tej pory zmieniał go dużo wolniej. Teraz tempo, z jakim nowości technologiczne wchodzą na rynek i modyfikują naturę pracy, przyspiesza, a dzisiejsza automatyzacja kojarzy się zbyt fałszywie jedynie z produkcją. Tak naprawdę obejmie ona niebawem również świat usług. Roboty przejmą funkcje handlowe, księgowe, finansowe, logistyczne, ale i bardziej zaawansowane, takie jak projektowanie, doradztwo i wszystko, co do tej pory nie kojarzyło się z pracą powtarzalną. Pytanie „jaki masz zawód?” stanie się zupełnie nieaktualne. Zawody przyszłości, dzisiaj jeszcze nienazwane, będą skoncentrowane wokół zdolności do podejmowania złożonych decyzji, kreatywności, rozumowania wielowymiarowego i na pewno łączenia w sobie doświadczenia kilku, a nie tylko jednego zawodu bądź specjalizacji.

Powstaje już zatem prawdziwy problem nowego typu bezrobocia. Bo nie wszyscy mistrzowie z fabryki Astona Martina zdołają się przekwalifikować albo dotrwać do emerytury. Technologia wykreuje więc problemy, którym będziemy mogli poświęcić sporo czasu dzięki automatyzacji, i – na szczęście – sama nie rozwiąże ich wszystkich. To nasze, ludzkie, zadanie.