Polskie firmy powinny wspierać się wzajemnie i budować sieć współpracy. Istotna jest też rola liderów, którzy jako pierwsi zdobędą zagraniczne rynki i pociągną za sobą mniejszych producentów. By gwarantować rozwój technologii, potrzebne nam są własne innowacje, a nie tylko kupowanie zagranicznych rozwiązań – tak uważają uczestnicy debaty dotyczącej zagadnienia nowej polskiej rewolucji przemysłowej, która odbyła się w redakcji DGP. Spotkanie było częścią naszej akcji „Nie ma przyszłości bez przedsiębiorczości”.

Nasze przedsiębiorstwa są uważane za znacznie mniej innowacyjne od ich zachodnich konkurentów. Jak wskazuje raport Instytutu Studiów Przemysłowych „W poszukiwaniu zaginionej innowacyjności” autorstwa Agaty Gierczak oraz Jana Staniłki (obecnie dyrektora departamentu innowacji w Ministerstwie Rozwoju), wynika to przede wszystkim z tego, że polskie duże przedsiębiorstwa są głównie biorcami technologii wypracowanych w innych krajach. Janusz Komurkiewicz, członek zarządu Fakro, podczas debaty mówił wprost: – Polska jest jedną wielką montownią wykorzystującą cudze technologie.

Są jednak przedsiębiorstwa, które wyłamują się z tego stereotypu. Oprócz Fakro przykładem jest też Drutex, który za cel postawił sobie, by każdy element produkcji był zintegrowany w jednym przedsiębiorstwie. Podobnie jest z firmą KIMLA, która projektuje i produkuje własne urządzenia CNC (m.in. frezarki, obrabiarki i wycinarki laserowe). Jej właściciel Przemysław Kimla opowiadał, że jeszcze kilka lat temu zlecał zadania firmom zewnętrznym, jednak te często wykonywały usługi nieterminowo i w dodatku poniżej oczekiwań. – Dlatego też postanowiliśmy zrezygnować z podwykonawców i zająć się wszystkim samodzielnie. Dzięki temu nie mamy już żadnych opóźnień i kontrolujemy jakość procesów – przekonywał Kimla. Zdaniem Jana Staniłki to ciekawy model biznesu, ale nie sprawdzi się w przypadku wszystkich przedsiębiorstw. Ekspert wskazywał, że ważniejsze jest budowanie zakładów skupiających się na konkretnej specjalizacji oraz na innowacjach. Jak jednak należy rozumieć innowację? – To rozwiązanie, które pokaże klientowi, że jego problem, którego on może nawet nie dostrzegać, zostanie dzięki nam rozwiązany szybciej i być może też taniej niż przez konkurencję – mówił Jan Staniłko.

Z kolei Łukasz Wojtczak, pełnomocnik dyrektora ds. aplikacji przemysłowych Przemysłowego Instytutu Automatyki i Pomiarów PIAP, mówił, że innowacje to np. nowoczesna robotyzacja, która powinna być stosowana wszędzie tam, gdzie maszyna jest w stanie wykonać pracę szybciej i dokładniej niż człowiek.

– Roboty powinny wykonywać zadania powtarzalne oraz takie, które dla człowieka są nudne, męczące lub niebezpieczne. Pracownik może się wtedy skupić na modernizacji technologii produkcji i opracowaniu unikatowych rozwiązań – wyjaśniał Wojtczak.

Przemysław Kimla, właściciel firmy Kimla

Przemysław Kimla, właściciel firmy Kimla

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Rzecz w tym, że innowacje w Polsce są często tylko pustym hasłem, którym jedynie uzasadnia się uzyskiwanie dotacji. Jak wskazywał Przemysław Kimla, reguły otrzymywania funduszy są tak absurdalne, że przedsiębiorcy na siłę wyszukują problemy oraz tylko teoretycznie ich innowacyjne rozwiązania.

Mimo to Jan Staniłko wyraźnie zaznaczył, że zamykanie się na jakiekolwiek usprawnienia w procesie produkcji oraz w zakresie jakości samego produktu to błąd, bo tylko prawdziwie konkurencyjny towar da szansę przebić się polskiemu przedsiębiorstwu na rynkach zagranicznych.

Część ekspertów wskazywała jednak, że zarówno innowacje, jak i nowe technologie w praktyce często nie są najważniejsze. Arkadiusz Krężel, wiceprzewodniczący rady nadzorczej Boryszewa, podawał przykład, gdzie po spaleniu jednej z galwanizerni ich firmy żadne polskie przedsiębiorstwo posiadające nawet nowszą technologię od niemieckich zakładów nie było w stanie dostarczyć produktu o takiej jakości jak te zachodnie. – To pokazuje, że innowacje i nowe technologie są niczym, jeżeli nie zatrudnia się specjalistów, którzy potrafią z nich efektywnie korzystać. Tacy ludzie gorszą maszyną osiągną wyższą jakość niż niedouczeni pracownicy na najnowszym sprzęcie – podsumował Krężel.

Liderzy poprowadzą mniejszych

Zdaniem Jana Staniłki polskie firmy borykają się nie tylko z problemami wewnętrznymi, ale nie potrafią też współpracować z innymi. Ponadto nie dzielą się swoimi doświadczeniami, przez co inne przedsiębiorstwa nie mogą uczyć się na cudzych błędach. – Jeśli firma potrafiła przezwyciężyć jakieś trudności, to powinna radzić innym, w jaki sposób to zrobiła – mówił Staniłko.

Janusz Komurkiewicz, członek zarządu Fakro

Janusz Komurkiewicz, członek zarządu Fakro

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Wtórował mu Janusz Komurkiewicz. Twierdził, iż brak zaufania i współpracy między przedsiębiorcami skutkuje trudnościami w zdobywaniu zagranicznych rynków.

– W praktyce jest tak, że ściśle współpracujące ze sobą firmy zagraniczne już od dawna mają własny transport oraz podwykonawców i wspierają się nawzajem, polecając swoje produkty i usługi – mówił. Dodał też, że w Polsce brakuje kapitału społecznego, czyli współpracy całego społeczeństwa ukierunkowanej na rozwój gospodarczy całego kraju, jak ma to miejsce w bogatych krajach europejskich. Właśnie dlatego, zdaniem debatujących, istotna jest rola firm liderów. Takich, które zaryzykują, zainwestują i otworzą bramę do nowych rynków. A potem będą korzystać z komponentów rodzimych firm i pomagać im zajmować te rynki. Jan Staniłko mówił, że istotną rolą państwa jest wspieranie tego typu liderów. Jako przykłady takich przedsiębiorstw wymieniono między innymi Grupę Boryszew oraz Fakro. – Mając zaufanie polskiego konsumenta, możemy stawiać na innowacyjność. W naszej branży wszystko trzeba projektować samemu i dlatego też co roku zgłaszamy tyle patentów, że staliśmy się najbardziej innowacyjną firmą w Polsce – mówił Janusz Komurkiewicz. Wskazał też, że siła sukcesu jego firmy tkwi w wąskiej specjalizacji i dzięki temu jakość produktów jest bezkonkurencyjna i są one eksportowane do 54 krajów na całym świecie.

Na rolę jakości wskazywał również Arkadiusz Krężel. Według niego każda mądra firma powinna dbać o to, by jej produkty były lepsze od konkurencyjnych. Ale jakość da się osiągnąć tylko dzięki zatrudnianiu doskonałych specjalistów, którzy potrafią efektywnie wykorzystać dane im narzędzia i zrobić coś, co bije na głowę zagraniczne produkty. – Fakt, że robimy na światowym poziomie taśmy i blachy ze stopów aluminiowych na chłodnice, wynika z ciężkiej pracy naszych inżynierów – stwierdził Krężel.

Z kolei Ilona Wołyniec, dyrektor pionu relacji z klientami strategicznymi i finansowania projektów w PKO Banku Polskim, wskazała inną możliwość zdobywania rynków – przejmowanie zagranicznych firm. Na to trzeba mieć jednak odpowiedni kapitał. Jej zdaniem z uwagi na dużą dostępność taniego pieniądza w Europie najwięcej przejęć dokonują obecnie fundusze inwestycyjne z krótkim horyzontem inwestycyjnym (do pięciu lat), nie zaś inwestorzy branżowi, dla których transakcje fuzji i przejęć są sposobem na wzrost, a tym samym są inwestorami długoterminowymi i stabilnymi.

Zdaniem Ilony Wołyniec to niebezpieczna sytuacja, która może nadmuchać bańkę porównywalną do tej, która w 2008 r. doprowadziła do światowego kryzysu ekonomicznego.

Koszty pracy

Trudno jednak zakładom przemysłowym myśleć o ekspansji zagranicznej, skoro za rogiem czai się widmo niedoborów kadrowych. Cena pracy rośnie bowiem o niemal 4 proc. w skali roku. W dodatku Polska jest starzejącym się społeczeństwem. Wkrótce zabraknie wyspecjalizowanych pracowników i inżynierów, którzy będą w stanie projektować nowe technologie i wprowadzać innowacje. Zachodnie firmy stawiają w związku z tym na robotyzację. Polska, choć liczba robotów zainstalowanych w zakładach przemysłowych od kilku lat systematycznie wzrasta, wciąż należy do krajów najmniej zrobotyzowanych w Europie – tak wynika z zeszłorocznego raportu Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową.

– To duży problem, ale dopóki rodzimym firmom bardziej opłaca się zatrudniać większą liczbę pracowników, niż inwestować w roboty, to nie będziemy tego robić – mówił Arkadiusz Krężel. Według prezesa Agencji Rozwoju Przemysłu Marcina Chludzińskiego, aby w perspektywie najbliższych lat przyspieszyć rozwój przedsiębiorstw, powinno się systematycznie inwestować w robotyzację produkcji, nie zapominając przy tym o podwyższaniu kompetencji zespołów zarządzających, szkoleniu i edukacji pracowników oraz angażowaniu ich w inne obszary produkcji.

– Mamy wielu krajowych ekspertów na światowym poziomie w różnych dziedzinach, np. w IT (informatyka, programowanie), dizajnie, inżynierii czy automatyce przemysłowej. To oni budują firmy innowacyjne na skalę nie tylko europejską, ale także światową – argumentował Chludziński. Dodał, że nasi specjaliści odgrywają bardzo ważną rolę w promocji polskiej myśli technologicznej, absolwentów szkół wyższych oraz, co najważniejsze, pozycjonowaniu polskich przedsiębiorców jako ekspertów. Jego zdaniem ważnym celem powinna się stać międzynarodowa rozpoznawalność Polski jako symbolu innowacyjnej gospodarki i dobrze wykształconych inżynierów i specjalistów. Jednocześnie chodzi również o to, żeby młodzi ludzie chcieli zostawać w kraju i tutaj realizować swoje ambicje. – Dlatego właśnie organizujemy program stażowy „Rozwój kadr sektora kosmicznego” czy powołaliśmy spółkę ARP Games, która ma być akceleratorem rozwoju sektora gier wideo w Polsce. Chcemy pokazać, że nauka i biznes powinny zmierzać w jednym kierunku, ściśle ze sobą współdziałać. A do tego potrzebne jest kompleksowe wsparcie takich podmiotów jak ARP – mówił Chludziński.

Samorząd gospodarczy kontra pomoc państwa

Wszystkie nowoczesne rozwiązania wymagają wsparcia. Niektórzy zastanawiają się, czy takowego nie mógłby zapewnić obowiązkowy samorząd gospodarczy. Każda firma musiałaby należeć do izby gospodarczej. Na jej utrzymanie trzeba by płacić składkę, a w zamian samorząd stałby się reprezentantem wszystkich przedsiębiorców. Politycy i urzędnicy byliby zobowiązani do konsultacji planowanych regulacji dotyczących działalności gospodarczej właśnie z nim. Pomysł jest oparty na rozwiązaniach niemieckich. Eksperci obawiają się, że cała działalność samorządu sprowadzałaby się tylko do pobierania składek i iluzorycznego przedstawicielstwa. Jednak Jan Staniłko przekonywał, że przykładowo w Niemczech samorząd sprawdza się znakomicie.

– Duże firmy, liderzy rynku współpracują z instytutami badawczymi i usamorządowionymi przedsiębiorstwami, co tworzy świetną koordynację działań. Dzięki temu wszyscy zyskują, chroni się rynek wewnętrzny i przy okazji wspiera się zaprzyjaźnione firmy w ekspansji na nowe rynki – wyliczał Staniłko. Zdaniem Przemysława Kimli takie rozwiązanie nie jest dobre dla polskich firm, gdyż z powodu pewnego zacofania względem zachodnich przedsiębiorstw rodzime zakłady nie mają czasu na opracowywanie strategii we współpracy z instytutami badawczymi. Kimla przekonywał, że zachodnie firmy coraz częściej wypuszczają technologie przestarzałe, gdyż są one zbyt długo wdrażane przez instytuty i ośrodki badawczo-rozwojowe.

– Tu jest szansa dla nas, by prześcignąć te firmy i wypracować sobie pozycję innowatora rynkowego. Nic nas przecież nie ogranicza tak jak w przypadku dużych, ociężałych decyzyjnie zagranicznych korporacji – mówił Kimla. Według Łukasza Wojtczaka polski biznes powinien skupić się na tworzeniu unikatowych technologii i produkcji, bo dzięki temu mógłby konkurować z wielkimi zagranicznymi przedsiębiorstwami.

– Naszą przewagą jest to, że już teraz produkujemy zaawansowane technologicznie produkty, których zagraniczne przedsiębiorstwa nie są w stanie wytwarzać w narzuconym budżecie ze względu na wysoki poziom wymagań procesu produkcji i rosnące koszty pracy – mówił Wojtczak. Sęk w tym, że technologia i innowacyjny produkt czasem nie wystarczają. Marcin Chludziński podawał przykład niewielkiej firmy z Olsztyna (zatrudniającej zaledwie dziewięć osób) posiadającej własne oprogramowanie, które rozwiązuje do tej pory nierozwiązywalne problemy branży motoryzacyjnej. Firma pozostała jednak jedynie dostawcą produktu dla zagranicznego odbiorcy współpracującego m.in. z Audi.

– Należy systemowo rozwiązać ten problem, by zakłady, które oferują bezkonkurencyjne produkty, stały się bezpośrednimi partnerami dużych korporacji – podkreślał Marcin Chludziński. Ministerstwo Rozwoju zauważa te problemy. Jan Staniłko przyznawał, że w Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju rząd przeprojektowuje wewnętrznie państwo, ponieważ do tej pory przy próbie aktywniejszego działania na rzecz przedsiębiorców brakowało mu narzędzi do działania. Jak powiedział przedstawiciel resortu rozwoju, trwają obecnie rozmowy z zakładami chcącymi zajmować się budową części do pojazdów elektrycznych. – Proponujemy im kompleksowe wsparcie i promocję na zagranicznych rynkach – powiedział Staniłko. Jest to pierwszy projekt, który ma na celu pomoc przedsiębiorstwom w zawojowaniu rynkowej niszy. Ta wkrótce może urosnąć do jednej z najważniejszych w Europie.