Specjaliści od gospodarki rozłożyli człowieka na czynniki pierwsze, wyjęli z niego homo oeconomicusa, o reszcie zapomnieli. Musimy wrócić do stołu operacyjnego, na którym człowiek wciąż leży, i zastanowić się, jak poskładać go ponownie w całość
ikona lupy />
prof. Paul H. Dembinski ekonomista, wykładowca uniwersytetów w Genewie i we Fryburgu oraz dyrektor genewskiego Obserwatorium Finansowego / Dziennik Gazeta Prawna
Podobno ekonomia to nauka opisowa. Mówi, jak jest. Przynajmniej tak o niej nauczają na uniwersytetach. To o tyle zastanawiające, że Adam Smith – ojciec ekonomii – łączył ją z etyką. Napisał nie tylko „Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów”, lecz także „Teorię uczuć moralnych”. Czy ekonomiści czasami o tym nie zapomnieli?
To się w literaturze nazywa „problemem Adama Smitha”, bo traktat o uczuciach moralnych powstał wcześniej, a o bogactwie narodów później. I teraz historycy myśli ekonomicznej się głowią, czy mamy dwóch Smithów: młodego – przejętego moralnością – i starego – przejętego już tylko stosunkami w gospodarce, czy też mamy jednego Smitha, u którego ekonomia wypływa z etyki. Ja przyłączam się do tego drugiego poglądu. Smith nigdy nie odrzucił swojej teorii moralnej i jeśli wczytać się dokładnie w „Bogactwo narodów”, jedno z drugim jest spójne.
To skąd to przekonanie, że współczesna ekonomia to nauka, która nie wartościuje i na zimno rozważa problemy gospodarcze? W konsekwencji tego przekonania nie można z nią dyskutować, bo to tak, jakby laik podważał wyniki badań fizyka jądrowego...
Ależ ja nic opisowego we współczesnej ekonomii nie widzę.
Naprawdę?
Oczywiście. U podstaw współczesnej teorii ekonomicznej leży ten skandalicznie uproszczony konstrukt, jakim jest homo oeconomicus. Wykoncypował go Vilfredo Pareto w XIX w. Pisał jasno, że celowo ekstrahuje z człowieka jako całości tę jego część, która jest użyteczna dla ekonomii – a więc sam sposób ludzkiego działania w odniesieniu do dóbr materialnych. Tak powstał ten kalkulujący homo oeconomicus. Ale Pareto pisał też, że operacja ta nie powinna być końcem, że to początek badań i że w końcu trzeba wrócić do stołu operacyjnego, na którym zostawiliśmy człowieka we wszystkich jego pozostałych wymiarach – społecznym, religijnym, twórczym – i ponownie wmontować weń homo oeconomicusa, sprawdzając, jak to wszystko ze sobą współgra. Ekonomiści, niestety, zatrzymali się w połowie drogi, poprzestając na wyjęciu z człowieka „kompleksowego” tego ekonomizującego komponentu i uznaniu go za kwintesencję człowieczeństwa. A przecież to jest nie tylko zwykłe uproszczenie, ale przede wszystkim wypaczenie tego, czym jesteśmy.
Wokół koncepcji homo oeconomicusa zbudowano współczesną „matematyczną ekonomię”. Czy pana zdaniem opiera się ona na wypaczeniu?
Zbudowano, ale nie ma żadnych podstaw intelektualnych i metodologicznych, żeby uznać homo oeconomicusa za ostateczną i najgłębszą wiedzę o człowieku. Chociaż muszę przyznać, że jedno się ekonomistom udało: tak długo wmawiali innym tego homo oeconomicusa, że faktycznie zaczęliśmy się do niego upodabniać. Stworzyli Frankensteina, który w trakcie operacji wstał ze stołu i zaczął się rozmnażać. Teoria w pewnym sensie stała się rzeczywistością. Staliśmy się do pewnego stopnia wypaczeniem samych siebie. Niestety.
Przecież ekonomistom chodzi o racjonalność, o to, co można w sposób uporządkowany badać. I cóż złego w tym, że dzięki nim staliśmy się bardziej racjonalni?
Chwileczkę, bo z tą racjonalnością sprawa wcale nie jest tak banalna. Potocznie definiuje się racjonalność w ekonomii na zasadzie: lepiej więcej niż mniej, lepiej mieć trzy czekoladki niż dwie. Ekonomiści mówią w swoim żargonie, że człowiek maksymalizuje funkcję użyteczności czy też satysfakcji. Tylko czy my naprawdę jesteśmy tacy matematycznie prości? Gdy patrzę na świat reklamy, zdominowany przez odniesienia do emocji, a nie kalkulacji, nie jestem tego taki pewien. To, że staliśmy się homo oeconomicusami, oznacza raczej wypaczenie racjonalności w sensie człowieka rozumującego w wielu wymiarach. Myślę, że kryzys nadwątlił wiarę, choć jej nie skruszył, w człowieka ekonomicznego i powoli otwiera się pole do refleksji nad istotą ekonomii. Jesteśmy jako ludzie niezdeterminowani, nie zawsze wybieramy trzy czekoladki zamiast dwóch, bo mamy różne motywacje i różne składniki racjonalności.
Wysyła pan ekonomistów z powrotem do szkoły?
Może faktycznie niektórzy powinny powrócić do szkoły, by ponownie zastanowić się nad fundamentami swojej nauki. Bo nikt od lat 60.–70. XX w. nie zadawał już trudnych pytań o jej podstawę. A przecież przyjęcie paradygmatu „racjonalnego” było błędem. My, ekonomiści, musimy teraz przyznać, że ekonomia nie zna – ba!, że właściwie nikt nie zna – natury ludzkiej na tyle dobrze, by ją definiować poprzez modele. Stąd konieczność powrotu do opisowości w ekonomii. Musimy wreszcie poznać materiał, nad którym ekonomia chce pracować, czyli człowieka i jego wymiar społeczny, jeżeli mowa o makroekonomii. Nie oznacza to, że wszystko, czego ekonomia dokonała w ciągu ostatniego pół wieku, należy wyrzucić do kosza, lecz z całą pewnością wiele z tego nie wytrzyma fundamentalnej krytyki.
To znaczy, że należy odebrać niektórym Noble z ekonomii...
Przyznawanie ekonomicznego Nobla zawiesiłbym na kilka lat, dopóki sytuacja się nie wyklaruje. W latach 60. XX w., by sprawić, żeby w ogóle zaczęto przyznawać Nagrodę Nobla w tej dziedzinie, bo pierwotnie Alfred Nobel o nagradzaniu ekonomistów nie myślał, posługiwano się argumentem, że oto teraz ekonomia nie jest już poezją, że są narzędzia matematyczne, ekonomia to zatem nauka ścisła, będzie w niej wreszcie możliwy postęp, będziemy prognozować – a przecież to się okazało w dużym stopniu fałszem. Gdy w 2014 r. Noblem nagrodzono Francuza Jeana Tirole’a, to komitet podkreślił, że otrzymuje on go tylko za te badania, które mieściły się w paradygmacie homo oeconomicusa i że całej reszty nie brano pod uwagę. Tymczasem może się okazać, że to w tej reszcie tkwi najwięcej prawdy.
Dla mnie bardziej niż zastanawiające, po prostu zabawne, było to, że spośród wszystkich francuskich ekonomistów, z których większość wykazuje tendencje lewicujące, wybrano akurat neoliberała. Zresztą na ten neoliberalizm pan, którego trudno uznać za przedstawiciela klasycznej lewicy ekonomicznej, też trochę psioczy. Na przykład narzeka pan na finansjalizację gospodarki, której jednym z symptomów jest high frequency trading, czyli ekspresowe transakcje giełdowe. Ubolewa pan, że ceny zmieniają się szybciej niż świat. A może jest odwrotnie: może rynek wreszcie, dzięki tym finansowym wynalazkom, dorównał tempu prawdziwego życia, za którym przez wieki nie nadążał?
Naprawdę sądzi pan, że świat zmienia się – jak teraz ceny – co frakcję sekundy? Że nasze preferencje i światopoglądy tak szybko ewoluują? Ja nie. W mojej opinii tempo pracy maszyn wyprzedziło tempo życia człowieka. Nie rozumiemy już, co się dzieje z naszymi własnymi zabawkami. Więc nie zaszkodzi nasypać w ich tryby piasku. Bo rządzący naszym myśleniem homo oeconomicus wyrządził nam bardzo poważne szkody, czyniąc nas chciwymi. Jeszcze przed Smithem Bernard de Mandeville, autor słynnej „Bajki o pszczołach”, pisał, że przywary prywatne mogą być publicznymi cnotami. W pewnym sensie to racja, ale ostatnie cztery dekady pokazały, że jeśli skupiamy się tylko na tej prawdzie, zapominamy, że nie oznacza ona, iż przywary można hołubić, wynosić na ołtarze.
I zaczęliśmy mówić, że „chciwość jest dobra”.
Tak. Chciwość była jak pies na uwięzi, a myśmy spuścili go z łańcucha.
Tylko kto właściwie jest chciwy? Rozmawiamy w przytulnym hotelu. Jego właściciel chciałby pewnie na nas zarobić. Czy jest chciwy? Czy wypada tak nazywać człowieka, dzięki któremu mamy ciepłą kawę i nie pada nam na głowę? Czy wypada w ogóle zastanawiać się nad tym, jakie są jego „prawdziwe” intencje?
Pojęcie chciwości nie odnosi się do chęci dobrego życia, ale do chęci gromadzenia wszystkiego bez umiaru, dla samej akumulacji.
Najbogatszych biznesmenów podobno motywuje coś innego niż pieniądze. Wielu socjologów podkreśla, że prosta chęć gromadzenia to przywara „szarej masy”. To wbrew filmowym wizjom, gdy chciwy jest właśnie bogacz Gordon Gekko, jak w „Wall Street”, a biedak za rogiem czy sklepikarz są przyzwoici i uczciwi. Czy to możliwe, że chciwość jako wada społeczna dotyczy kogoś więcej niż tylko najbogatszych?
Chciwość nie jest cechą ujawniającą się wyłącznie u najbogatszych. To przywara powszechna – i to właśnie jest problemem. Filozofią gromadzenia przesiąkło całe społeczeństwo. Widzimy to w coraz bardziej napiętych stosunkach społecznych, gdy każdy porównuje się z każdym. Chciwość jest elementem ludzkiej natury, ale system, w którym ustawiamy ją w centrum jako budulec społeczeństwa, jest systemem złym.
Bardziej podatne na epidemię chciwości są społeczeństwa indywidualistyczne jak amerykańskie czy takie jak greckie? Bo gdy patrzę na desperackie próby obrony przywilejów socjalnych i ubieranie tego w szaty walki o demokrację – co czyni to drugie, to mam wrażenie, że i państwo dobrobytu może produkować chciwych obywateli.
W społeczeństwach indywidualistycznych, w których siatka ochrony socjalnej jest słabsza, chciwość może być naturalną reakcją na samotność. Jeśli nie mam nikogo, to chcę jak najwięcej zgromadzić, bo jutro inni mogą mnie pożreć. Ubezpieczam się w ten sposób przed niepewnością. W państwach dobrobytu strach przed przyszłością jest mniejszy, co z jednej strony tę wyrazistą chciwość minimalizuje, lecz może usypiać ludzi i utwierdzać ich w przekonaniu, że coś im się należy. Które to przekonanie także jest formą chciwości.
Ci, którzy liberalizm promują od zawsze, obok odezwy „bogaćcie się” umieszczają ostrzeżenie o indywidualnej odpowiedzialności. Czy nie jest tak, że nasza chciwość wynika też z tego, że gdzieś się tę odpowiedzialność w końcu gubi i naszą energię pochłania w całości tylko owo bogacenie się?
Cóż, w pewnym sensie odpowiedzialność funkcjonuje i w naszym świecie, lecz także w wypaczony sposób. Codziennie podpisujemy mnóstwo umów, w których ukrytych jest tyle kruczków prawnych, że jeśli coś pójdzie nie tak, to na pewno poniesiemy konsekwencje. Tylko że to jest odpowiedzialność czysto formalna i typu ex post. Coś zepsułeś czy złapali cię – płać lub idź do więzienia. A prawdziwa odpowiedzialność – i o tym się zapomina – to odpowiedzialność ex post połączona z odpowiedzialnością ex ante. Nie tylko jestem karany za to, czego mi nie wolno robić, lecz także jestem świadomy, że tego nie wolno. Wiem, dlaczego nie wolno, i tego nie robię. Wiem, że na względzie należy mieć także innych, dbam o nich. Odpowiedzialność prawdziwa to zatem współodpowiedzialność. Sama odpowiedzialność ex post przeradza się w pałkę na naiwnych, którzy nie doczytają umowy czy regulaminu.
Coś jak w przypadku frankowiczów. Podpisali umowy i teraz ponoszą odpowiedzialność ex post.
Tak. A gdyby w społeczeństwie panowała prawdziwa odpowiedzialność, to w takie ryzykowane zakłady dotyczące przyszłości – jak kredyty walutowe – wchodziłoby niewielu, bo nawet banki wiedziałyby, że to może koniec końców odbić się wszystkim czkawką. Natomiast gdy już mleko się rozleje, nie można zostawiać ludzi na pastwę losu. Wszyscy od czasu do czasu podejmujemy błędne decyzje, ale jeśli robimy to grupowo, masowo wręcz, to mamy poważny problem społeczny. Mamy na przykład duże bezrobocie wśród młodych, często wynikające z tego, że źle wybrali kierunek studiów. Poszli na socjologię, a mogli studiować inżynierię. OK, mogli. To fakt, ale czy teraz mamy po prostu się im przed nosem wymądrzać, czy pomóc? Oczywiście, że pomóc. Nawiasem mówiąc, dziwię się, że ta młoda generacja jest taka grzeczna, że nie ma masowych protestów. Choć może jeszcze nie ma. Bo przecież mówimy o problemach o ogromnej skali. Mamy na świecie 2–3 mld ludzi będących poza ekonomicznym obiegiem, o których my, ci syci i bogaci, nie chcemy pamiętać. Tak jak nie chce się pamiętać o bardzo ubogim krewnym mieszkającym gdzieś daleko.
To jaką formę pomocy pan proponuje? I co ma być jej źródłem: rynek czy rząd? Ostatni wiek to wielki społeczny eksperyment pod nadzorem państwa. Liczba i opis działań, jakie podejmowały rządy, by walczyć z biedą, wymagałyby osobnej encyklopedii, a jednak bieda jest. Gdzie szukać ratunku?
W tym samym społeczeństwie, które ma te wszystkie problemy. Ja w rozwiązania odgórne nie wierzę. W Szwajcarii, gdzie mieszkam, wydatki socjalne to 27 proc. PKB, czołówka OECD pod tym względem, i co? I problemy wciąż istnieją. Już nie można wydawać więcej. Jest rynek, jest państwo, ale jest i społeczeństwo, o czym się często zapomina. To społeczeństwo – działając niejako pozaekonomicznie – może rozwiązać własne problemy. Punktem wyjścia jest uświadomienie sobie, że nie wszystkie nasze działania muszą przynosić nam bezpośrednio korzyść finansową, że jeśli zajmiemy się innymi i inni będą też to robić, to kiedyś ktoś nam się odwzajemni.
Czyli odrzucamy Smitha i jego obserwację, że przedsiębiorca dostarcza nam pożywienie nie ze względu na nasze dobro, tylko ze względu na swój zysk?
Nie. Uzupełniamy Smitha. Homo sapiens to nie tylko homo oeconomicus, lecz także homo empaticus, człowiek emptatyczny, taki, którego stać na szeroką perspektywę. Nie znaczy to, że państwo ma pozytywnej dynamiki społecznej nie wspierać, używając do tego ekonomicznych zachęt. Weźmy ludzi starszych, którzy na zachodzie Europy bywają takim ciężarem, że oddaje się ich do domów starców pod byle pretekstem. Za ich opiekę płaci albo rynek, jeśli kogoś stać na prywatne ubezpieczenie, albo państwo. Utrzymanie w Szwajcarii jednego miejsca w domu opieki to ok. 70–80 tys. euro rocznie. Nie lepiej dopłacić rodzinom np. 20 tys. euro na zakup większego mieszkania lub na zatrudnienie opieki domowej dla tego starca czy staruszki, by w ten sposób odbudować tkankę społeczną, jaką jest rodzina w sensie szerszym niż mama, tata, dziecko? Lepiej, taniej i mądrzej. Swoją drogą, w całej historii status starego człowieka był wątpliwy. Czytałem w jednej z publikacji misjonarzy pewną anegdotę: oto w rodzinie w jakimś plemieniu na jakiejś wyspie dziadek staje się zbyt dużym ciężarem, więc ojciec bierze dziadka do takiego specjalnego kosza i wynosi na plecach do lasu. Lecz wcześniej synek przypomina mu, żeby przyniósł z powrotem kosz. Po co? – pyta ojciec, na co synek odpowiada: żebym i ja miał cię w czym wynieść, gdy się zestarzejesz. Niestety to, co w innych kulturach ma status anegdoty, dla naszej stało się „znakiem markowym.” Ekonomizujemy życie i jego wartość do przesady. Już w latach 90. XX w. francuska ekonomistka Viviane Forrester pisała o „horrorze ekonomicznym”. Że wkrótce ludzi niepotrzebnych będziemy eliminować. W swoim nauczaniu oraz w ostatniej encyklice „Laudato si’” papież Franciszek też podejmuje ten temat.
Sami się eliminujemy. Ostatnio opowiadano mi o 92-latku z Belgii, który mimo relatywnie dobrego zdrowia stwierdził, że boli go w krzyżu, rodzina ma go w głębokim poważaniu, więc nie ma sensu już tego życia ciągnąć. Lekarze dali pozwolenie na eutanazję, on zaprosił jeszcze za życia znajomych na stypę i jedyny zgrzyt w realizacji planu był taki, że odpowiedzialna za zabieg pielęgniarka nie mogła przyjechać w sobotę o 14, a dopiero o 15, bo musiała odebrać dzieci z przedszkola. „Szczęśliwie” się udało.
W Szwajcarii przedstawiciele ośrodków, w których ludzie żegnają się z życiem, odwiedzają domy opieki i pytają z „troską” mieszkających tam ludzi o samopoczucie. Jeśli jest zbyt dobre, wracają innego dnia. Aż trafią w końcu na zły dzień takiego pacjenta. To powoli staje się rutyną, do tego też może doprowadzić logika finansowa ubezpieczeń na życie. Nie funkcjonujemy za dobrze także na innych płaszczyznach. Rodzina się rozpadła, więc obowiązek wychowania dzieci przerzuciliśmy na państwo. Rozmyliśmy wzajemną odpowiedzialność za siebie. Po wojnie, nawet do lat 70. było inaczej w tym sensie, że istniała spójna tkanka społeczna. Było dobrze, był rozwój gospodarczy, mniej problemów, więc łatwiej było nam ze sobą żyć. Potem oczywiście pojawił się kryzys naftowy, rozpad systemu Bretton-Woods, znów wojny, ruch hippisów i padło złudzenie o wiecznym wzroście i końcu historii.
Rozumiem, że lekarstwem na obecny kryzys w nauce ekonomii, w gospodarce, na kryzys społeczny byłaby jakaś ponownie spajająca ludzi idea? Jaka? Pan proponuje, by powrócić do społecznej nauki Kościoła katolickiego.
Chodzi o te jej elementy, które można uniwersalizować: jak solidarność społeczna czy zasada, że własność chociaż pozostaje prywatna, to ma służyć dobru powszechnemu. Myślę, że dowartościowanie takich zasad w takim ujęciu, jak robi to Kościół katolicki, może być lekiem na społeczne dysharmonie, które nas otaczają. Jakaś zmiana jest koniecznością, zanim te lęki eksplodują.
Ale te zasady muszą się trzymać na mocnym fundamencie. A Kościół autorytet utracił – Europa pozamieniała świątynie na dyskoteki. Nie ma nośnika idei, o których pan mówi.
Trend laicyzacji był bardzo mocny, ale teraz się kończy. Może nie w tym sensie, że ludzie masowo zaczynają chodzić w niedzielę do kościoła, ale na pewno zaczynają szukać trwalszych punktów odniesienia. Sądzę, że powinniśmy te ich poszukiwania wykorzystać i podsunąć im sprawdzone rozwiązania, o których istnieniu zapomnieli. Jest sporo nurtów intelektualnych, które budują coś interesującego dla przyszłych pokoleń – trzeba je po prostu pokazać. Sądzę, że papież Franciszek bardzo dobrze robi, poruszając problematykę biedy i wykluczenia. On wyczuwa to, o czym mówię, a więc ten powolny odwrót od wartości czysto materialnych. To bardzo ciekawe, jak w podejściu do gospodarki jego pontyfikat uzupełnia się z pontyfikatem Jana Pawła II, który rozpoczynał się jeszcze w czasach, gdy na Zachodzie było względnie dobrze, a na wschodzie Europy panował komunizm. Jan Paweł II wniósł w nauczanie Kościoła dowartościowanie rynku, Franciszek wnosi dodatkową wrażliwość na to, by rynek służył dobru wspólnemu. Bo rynek nie jest stanem naturalnym, ale narzędziem – i to od nas zależy, co z nim zrobimy.
Autor dziękuje władzom Wydziału Zarządzania i Ekonomii Politechniki Gdańskiej za umożliwienie przeprowadzenia wywiadu