Ostatecznie spodziewalibyśmy się po partii o ciągotach narodowych naturalnej obawy przed czymkolwiek noszącym znamiona inwazji zachodnich korporacji – a już nie daj Boże wyrycia w kamieniu prawa dotyczącego ewentualnych pozwów Polski przez zagranicznych inwestorów. Transatlantyckie porozumienie ma być dla działalności wielkich podmiotów gospodarczych bardzo korzystne.

No tak, ale lewicą europejską to PiS nie jest. Wśród europejskiej lewicy USA jest imperialistycznym, neokolonialnym hegemonem. Dla polityków Prawa i Sprawiedliwości takim państwem są Niemcy. Jeśli wpływy niemieckie są głównym zagrożeniem dla suwerenności Polski, to większa aktywność Amerykanów w kraju postrzegana jest jako przeciwwaga dla wpływów firm zza Odry, mających często gęsto poparcie Brukseli. (W części PiS np. walka z globalnym ociepleniem jest postrzegana jako dbanie o interes niemieckich firm produkujących sprzęt ekologiczny). W tej narracji problemy równania w dół standardów bezpieczeństwa ekologicznego, które prawdopodobnie niesie z sobą TTIP, nieco bledną.

Co nie znaczy, że nie ma w tym myśleniu nutki hipokryzji. By być wewnętrznie spójnym zwolennikiem TTIP, trzeba myśleć mniej więcej w ten sposób: „Nie powinniśmy się obawiać, co takiego strony umowy naskrobią w sprawie ISDS (międzynarodowych trybunałów pozwalających pozywać firmom państwa, których działania pośrednio lub bezpośrednio godzą w ich interesy na terenie danego kraju) – umowy sygnowane będą przez Niemcy i Francję, a chyba nie sądzimy, że wspólnie wynegocjują one gorsze warunki niż my w pojedynkę z każdym z krajów z osobna”. A zatem powinniśmy Niemcom życzyć właśnie jak najsilniejszej pozycji, aby mogły one dla siebie, a co za tym idzie – dla UE (i Polski!) – wynegocjować jak najlepsze warunki. Jeżeli nie chcemy zostać stratowani przez międzynarodowe firmy wielkie jak biblijny Lewiatan, musimy trzymać z Niemcami i być nieufni wobec TTIP. Być może minister Waszczykowski tak właśnie zrobi, a tylko mówi, jak to się wielkim mężom stanu zdarza, akurat odwrotnie.