Psychologia ludzkich zachowań, a zwłaszcza inwestorów na rynkach finansowych, to dziedzina, która cały czas ewoluuje. Innymi słowy, trudno jest zawczasu określić, na ile ewentualne emocje w połączeniu z nowymi, nieoczekiwanymi bodźcami dadzą pretekst do mocniejszego ruchu. Początek roku to zwyczajowo okres, kiedy niejako na nowo „planuje się przyszłość”, zarządzający funduszami próbują ocenić, które rynki i klasy aktywów będą lepsze lub gorsze na tle rynkowej średniej.

Bezpośrednim impulsem do styczniowej przeceny stały się gorsze odczyty grudniowego indeksu PMI dla przemysłu liczonego przez Caixin/Markit, który spadł z 48,6 pkt w listopadzie do 48,2 pkt. Wydaje się jednak, że o wiele większy wpływ mogła mieć krytyczna opinia głównego ekonomisty Caixin, który dał do zrozumienia, że chińska gospodarka może spaść z klifu. W sytuacji, kiedy władze reglamentują dostęp do informacji, takie słowa tylko zwiększają niepewność, której bardzo nie lubią inwestorzy.

Tymczasem jeszcze przed świętami otrzymali oni informację, że mniej znany wskaźnik Minxin PMI, wyliczany przez chiński uniwersytecki think tank i Minsheng Banking Corp., nie będzie przez pewien czas publikowany ze względu na konieczność dokonania „znaczącego dostosowania” w sposobie jego opracowywania. Pikanterii dodaje to, że odczyty Minxin PMI od dobrych kilku miesięcy wyraźnie różniły się nawet od Caixin/Markit, wskazując na poważne problemy gospodarki.

Równie pesymistyczne wnioski można wyciągnąć na bazie tzw. beżowej księgi, opracowania przeprowadzanego co kwartał przez nowojorski CBB International, a bazującego na ankiecie opartej o ponad 2 tys. firm działających w Chinach. Oficjalne dane publikowane przez rządowych statystyków mogą być zawyżane. Według raportu CBB z grudnia większość kluczowych danych z realnej gospodarki (produkcja przemysłowa, sprzedaż detaliczna, wydatki kapitałowe, inflacja, wartość udzielanych kredytów) pokazała spadek względem poprzedniego kwartału. Reasumując, na początku stycznia inwestorzy „nagle” uświadomili sobie, że sytuacja gospodarcza w Chinach jest tak naprawdę tragiczna.

Wprawdzie Ludowy Bank Chin (PBOC) w listopadzie i grudniu sprzyjał osłabieniu juana do dolara, ale wtedy można było to jeszcze tłumaczyć umocnieniem się amerykańskiej waluty na globalnych rynkach w oczekiwaniu na grudniową podwyżkę stóp procentowych przez Fed. Problem pojawił się w pierwszych dniach stycznia, gdy PBOC stał się bardziej agresywny, próbując przyspieszyć deprecjację juana. To od razu wzbudziło obawy co do powtórki sytuacji z końca sierpnia, kiedy juan zdewaluował się o blisko 4 proc. w ciągu dwóch dni, powodując spore zamieszanie na rynkach w Azji i mocne ruchy na światowych giełdach.

Teoretycznie inwestorzy nie powinni być zaskoczeni tym, że Chińczycy próbują ratować sytuację. Niemniej manipulowanie kursem waluty, stawianie kolejnych barier wyjścia z chińskiego rynku (sprzedaż dużych pakietów akcji) czy też utrudnianie możliwości zabezpieczania się przed ryzykiem spadku juana (gra na tzw. juanie transferowym w Hongkongu) nie są właściwymi posunięciami, skoro cały czas brakuje pomysłu na rozwiązanie konkretnych problemów. Niewykluczone, że dla Chin, podobnie jak w ostatnich latach dla krajów Zachodu, konieczne będzie napisanie „nowej ekonomii”, gdyż założenie oparcia gospodarki na sektorze usługowym oraz popycie krajowym może okazać się zwyczajnie nierealne. Przynajmniej nie bez poważniejszego wstrząsu.

Potencjalne działania stymulacyjne ze strony chińskich władz, których teraz tak wypatrują inwestorzy, mogą tylko prowadzić do zachowania obecnego, wypaczonego status quo, gdzie dominuje wyraźny przerost mocy wytwórczych w przemyśle (co ostatecznie skończy się skokowym wzrostem bezrobocia), chińskie banki są w przededniu konieczności uporania się z gigantycznym odsetkiem złych długów, a na rynkach akcji i nieruchomości właśnie pęka bańka spekulacyjna. Innymi słowy nic nie sprzyja budowaniu klasy średniej, która teoretycznie powinna być fundamentem nowego chińskiego ładu gospodarczego.

Chiński kryzys może mieć szybki przebieg lub być reglamentowany. Ten drugi scenariusz ma większe szanse na realizację ze względu na bujną wyobraźnię tamtejszych urzędników nadzoru, statystyków i propagandy. To teoretycznie lepiej, bo pozwoli inwestorom oswoić się z tematem i tym samym ograniczyć potencjalną przecenę na globalnych rynkach. Bez tarczy ochronnej, której fundamentem jest dobre postrzeganie danego kraju, może być jednak trudno.

Polskie aktywa wypadają na tym tle dość słabo, co pokazały ostatnie tygodnie, zwłaszcza w zestawieniu z Czechami czy Węgrami. Kłania się tu brak komunikacji pomiędzy nowym rządem a rynkami finansowymi. Uderza konsekwentne promowanie działań zmierzających do wzrostu wydatków budżetowych przy niejasnym wskazywaniu źródeł ich pełnego pokrycia. W sytuacji, kiedy utrzymanie wysokiego wzrostu gospodarczego (w budżecie założono wzrost o 3,8 proc.) może być zagrożone, kluczowe powinno być prowadzenie ostrożniejsze polityki. W efekcie rynek ma prawo się obawiać, że tegoroczny deficyt sektora finansów publicznych może przekroczyć 3 proc. PKB, choć to może się stać tematem rynkowym w drugiej połowie roku.

Jednocześnie utrzymujące się napięcia w polityce zagranicznej (w tym relacje z Komisją Europejską) będą sprawiać, że inwestorzy cały czas będą oczekiwać sporego, politycznego dyskonta na polskich aktywach. W efekcie trudno będzie znaleźć powody do wyraźnego odwrócenia się niekorzystnego trendu na rynku złotego w nadchodzących miesiącach, nawet gdybyśmy przyjęli założenie, że Rada Polityki Pieniężnej w nowym składzie będzie bardziej zachowawcza, niż na to wskazują rynkowe oczekiwania.