Skoro wszystko jest pod kontrolą, to skąd ta nerwowa reakcja na całym świecie, również na warszawskiej giełdzie i rynku złotego?
ikona lupy />
Jakub Borowski główny ekonomista Credit Agricole, b. członek Rady Gospodarczej przy premierze / Dziennik Gazeta Prawna
Czy mamy początek kolejnego kryzysu finansowego?
Raczej nie. To pogorszenie nastrojów zapoczątkowane wyprzedażą na chińskich giełdach. Ta wyprzedaż ma przyczyny regulacyjne: złagodzony został m.in. zakaz sprzedaży akcji nałożony na państwowe firmy przed kilkoma miesiącami. Nie było natomiast żadnych nowych informacji, które zmieniałyby ocenę fundamentów chińskiej gospodarki. Z jednym wyjątkiem, czyli zaskakująco niskim odczytem indeksu PMI pokazującym ocenę koniunktury w przemyśle. Nadal jednak można się spodziewać raczej stopniowego spowolnienia wzrostu w kolejnych latach, a nie gwałtownego twardego hamowania. Poza tym przełożenie giełdy na wzrost gospodarczy w Chinach jest niewielkie: zaangażowanie gospodarstw domowych w inwestycje w akcje jest niskie, więc przeniesienie tego poprzez efekt majątkowy na konsumpcję nie będzie duże. Giełda ma też drugorzędne znaczenie w finansowaniu wzrostu gospodarczego w Chinach: w ostatnich latach był on finansowany przez korporacje, które w tym celu brały kredyty, albo przez sektor publiczny.
Inwestorzy są bardzo czuli na informacje napływające z Chin. Zawsze gdy dzieje się tam coś niepokojącego, zaczynają obstawiać początek wielkiego kryzysu w Państwie Środka. Już kilka razy miał on nadejść, ale nie nadszedł. Jednak sądzę, że w najbliższych tygodniach sytuacja będzie się stabilizować. Chiński rząd ma narzędzia do zrealizowania swoich celów w gospodarce, zarówno w polityce fiskalnej, jak i pieniężnej. Do tego niskie ceny ropy wspierają wzrost gospodarczy globalnie, bo wspierają konsumpcję. Choć trzeba się liczyć z tym, że w 2016 r. wydarzenia podobne do tych, jakie mamy teraz, będą wprowadzały nerwowość i gwałtowne wahania cen aktywów.
Czy to nie zmieni się w samonakręcającą się spiralę kryzysu?
Nie bardzo widzę mechanizm, który miałby to wywołać, czyli doprowadzić do gwałtownego rozlania się kryzysu po całym świecie. Fundamenty głównych gospodarek wyglądają dobrze. Amerykańska jest praktycznie zrównoważona, w niemieckiej mamy rekordowo niskie bezrobocie. Gospodarka całej strefy euro wraca do równowagi – może wolno, ale jednak. Gospodarki nie są przegrzane, dysponują rezerwami mocy wytwórczych, mogą jeszcze bezinflacyjnie zwiększać zatrudnienie. To, czego nie można wykluczyć, to lekkie globalne spowolnienie wzrostu. W 2008 r. była inna sytuacja: byliśmy po podwyżkach stóp procentowych, nastąpiło pęknięcie bańki na rynku nieruchomości i przegrzanie gospodarek. Jedynym motorem takiego kryzysu teraz byłoby gwałtowne spowolnienie gospodarki w Chinach, z pogorszeniem portfela sektora bankowego z niemożnością jego dokapitalizowania, wyhamowaniem akcji kredytowej i zatrzymaniem inwestycji. Ale to mało prawdopodobny scenariusz.
Przechodząc na polskie podwórko: czy to jest dobry moment na stymulację fiskalną, jaką zapowiada rząd?
Ale my w tym roku nie będziemy mieli stymulacji fiskalnej. Ona następuje wtedy, gdy rośnie deficyt strukturalny, czyli taki, który nie uwzględnia stanu koniunktury. On się nie zmieni istotnie w porównaniu z 2015 r. Program dodatków na dzieci zostanie sfinansowany z nowych podatków i jednorazowych opłat, a nie przez zwiększenie deficytu i długu. To przerzucenie pieniędzy z jednej kieszeni do drugiej.
Czy to oznacza, że kurs w polityce fiskalnej obrany przez rząd jest prawidłowy? I jak powinna się odnaleźć w tym, co się dzieje, nowa Rada Polityki Pieniężnej?
W polityce pieniężnej jest pole do lekkiego złagodzenia. Ale lekkiego, a nie jakichś radykalnych obniżek stóp procentowych. Stopy już są bardzo niskie. W polityce fiskalnej istotne jest to, że rząd zdecydował się na odejście od strategii zmniejszania deficytu i długu publicznego. Przeszliśmy płynnie do strategii, gdzie utrzymanie deficytu na poziomie 3 proc. PKB – czyli zbliżonym do obecnego – jest celem średnioterminowym. To jest stąpanie po kruchym lodzie. Jeśli wzrost gospodarczy zacząłby silnie spowalniać, to dług nam znacząco wzrośnie. Jeśli czegoś warto się wystrzegać w polityce gospodarczej w obecnej sytuacji, to realizacji strategii, która się opiera na stabilizacji deficytu zamiast jego systematycznym obniżaniu.