Najbardziej znamienny przykład to 500-złotowy dodatek na dziecko, pomysł, który poniekąd sfinansuje się sam: rodziny, które dostaną pieniądze, będą je wydawać, płacąc przy okazji VAT czy akcyzę (miejmy nadzieję, że tę paliwową). W części tak mogłoby być. Ale jeśli ktoś dostanie 500 zł w kwietniu przyszłego roku, to ile razy musiałyby one w ciągu tego miesiąca przejść z ręki do ręki, żeby wygenerować budżetowi tyle dochodów, by pozwoliły wypłacić dodatek w kolejnym miesiącu (a raczej – za dwa miesiące, bo trzeba dodać czas na rozliczenie)?

Źródła finansowania dla pierwszych – powiedzmy – 10 mld zł wydatków łatwo znaleźć: to podatki, jakie będą musiały zapłacić banki i supermarkety. Co dalej? Najwyraźniej duże nadzieje (duże znaczy nawet rzędu 50 mld zł) są wiązane z ograniczeniem luki w VAT. A jeśli to się nie uda? Wicepremier Mateusz Morawiecki mówił we wczorajszej „Rzeczpospolitej”, że „odbudowanie dochodów państwa w ciągu dwóch, trzech lat o 10–20 mld zł jest absolutnie w zasięgu naszych realnych możliwości”. Trudno się nie zgodzić: na taki wzrost wpływów faktycznie możemy liczyć... jeśli będą się one zwiększały wraz ze wzrostem gospodarczym.

Jak dotąd przekonującego wskazania pewnych źródeł wzrostu dochodów – szczególnie w krótkim terminie, nie w horyzoncie zaczynającej się kadencji Sejmu i rządu – nie ma. Grozi nam więc znalezienie się w sytuacji, w której wydatki będziemy już mieli, tylko nie bardzo będzie z czego je pokryć.

A planów wydatkowych nie brakuje. Tylko nie o wszystkich mówi się tyle, co o 500 zł na dziecko. W perspektywie mamy przecież obniżkę wieku emerytalnego czy podniesienie kwoty wolnej w podatku dochodowym. Beata Szydło jeszcze w trakcie kampanii wyborczej zapowiadała zwiększenie do 3 proc. PKB (czyli z grubsza o połowę) wydatków na wojsko. Już nie mówiąc o chęci podwyższania wynagrodzeń naukowców czy wprowadzenia zasady, że profesorowie przechodziliby w stan spoczynku, tak jak dziś sędziowie czy prokuratorzy. Zapowiadane wydatki były wielokrotnie podsumowywane: wiadomo, że w grę wchodzą kwoty idące w dziesiątki miliardów.

Wszystko to oczywiście tzw. wydatki sztywne, czyli takie, które budżet musi ponosić niezależnie od chęci czy niechęci premiera, wicepremiera lub ministra finansów. Skoro chcemy wydatkową stronę budżetu podnosić i usztywniać, przydałoby się myśleć też o drugiej stronie – dochodach. Myśleć, a przede wszystkim realizować. I to z wyprzedzeniem w stosunku do wydawania.