Wren-Lewis nie może na przykład pogodzić się z tym, że w zjednoczonej Europie nikt zdaje się nie traktować poważnie fundamentu ekonomii keynesowskiej, czyli tzw. kontrcyklicznej polityki fiskalnej. Dla przypomnienia: Keynes głosił, że wielu recesji można by uniknąć, gdyby w odpowiednim momencie zastosować stymulację fiskalną (zwiększyć wydatki państwowe). Nawet kosztem zwiększenia deficytu budżetowego. A potem (gdy koniunktura się poprawi) to zadłużenie spłacić. O tym, że polityka kontrcykliczna działa, przekonaliśmy się podczas najnowszego kryzysu. Sięgnęły po nią bowiem takie kraje, jak choćby Niemcy (kto pamięta wielomiliardowe programy nakręcania koniunktury). A w pewnym sensie również Polska, która w czasie pierwszej kadencji rządu Tuska na całego absorbowała środki unijne, pchała miliardy w program budowy autostrad i przygotowania do Euro 2012. Efektem było szybkie antykryzysowe odbicie i ucieczka z pułapki, w którą osunęło się wiele innych krajów – zwłaszcza południa Europy.

Pamiętajmy jednak, że taka polityka była wtedy czymś w rodzaju luksusu. Na który mogli pozwolić sobie albo najsilniejsi (Niemcy, Francja), którym ani Bruksela, ani rynki finansowe nie mogą zbyt wysoko podskoczyć, albo szczęściarze, tacy jak Polska, która wciąż jeszcze nie jest w strefie euro i bardzo na tym w latach 2008–2009 skorzystała. Pozostałym unijnym gospodarkom z obszaru wspólnego pieniądza zostaje właściwie sznur. Bo jedynym mechanizmem dostosowawczym, na który mogą sobie pozwolić, jest dewaluacja wewnętrzna. A więc odzyskiwanie konkurencyjności przez obniżanie cen i płac. Czyli droga powolna i mordująca (efekt uboczny) wzrost gospodarczy. Co gorsza, odbywa się to zazwyczaj w akompaniamencie cięć wydatków publicznych (polityka austerity). Lekcja z lat 2010–2015 pokazuje, że to nic innego jak przepis na recesję i kryzys społeczny a la Grecja.

Oczywiście tak być nie musi. Wystarczyłoby, żeby UE poważnie potraktowała koncepcję kontrcyklicznej polityki fiskalnej. Bo w tej chwili jest tak, że mamy bardzo mocne mechanizmy wymuszania budżetowej dyscypliny (kryteria z Maastricht). Jest więc kij. Ale nie ma marchewki. Jakiejś formy kompromisu, że jak koniunktura słabnie, to w ramach strefy euro solidarnie i progresywnie się stymuluje. A nie mówi (tak jak teraz): radźcie sobie z tym całym bałaganem sami. Albo w najlepszym razie: pomożemy wam, ale jak oddacie nam praktyczną kontrolę nad swoimi finansami (casus Grecji). I to jest właśnie – zdaniem Wrena-Lewisa – problem.

Brytyjskiego ekonomistę oburza dziwaczna rola, którą odgrywa dziś EBC: wyobraźmy sobie, że Bank Anglii obcina Szkocji dopływ gotówki w samym środku negocjacji pomiędzy Londynem a Edynburgiem. I mówi: pieniądze popłyną dopiero wtedy, gdy zrobicie to, co wam każemy

Brytyjskiego ekonomistę oburza też dziwaczna rola, którą odgrywa dziś Europejski Bank Centralny. Chodzi mu w pierwszej linii o jego notorycznie spóźnione i nieskuteczne interwencje (EBC wypada słabo zwłaszcza na tle swoich odpowiedników, czyli Fedu, a nawet Banku Anglii). A więc czekanie z programem skupowania obligacji krajów zadłużonych do 2012 r. (choć powinien ruszyć już w 2010 r.). A z luzowaniem ilościowym aż do 2015 r. No i eksperyment z podwyższeniem stóp procentowych w 2011 r. Jeszcze bardziej chodzi mu o dziwaczną rolę, którą EBC odegrał w czasie kryzysu greckiego. Gdy z instytucji, która powinna pomóc, przeistaczał się momentami w oprawcę. „Wyobraźmy sobie, że Bank Anglii obcina Szkocji dopływ gotówki w samym środku negocjacji pomiędzy Londynem a Edynburgiem. I mówi: pieniądze popłyną dopiero wtedy, gdy zrobicie to, co wam każemy” – pisze Wren-Lewis.

Czytanie takich ekonomistów jest z jednej strony przygnębiające. Bo pokazuje, jak wiele się w zjednoczonej Europie w ostatnich kilku latach popsuło. I jak daleko jesteśmy od Unii, do której z wielkimi nadziejami przystępowaliśmy ponad dekadę temu. Z drugiej jednak pozwala mieć nadzieję, że może jeszcze Wspólnota nie zginęła. Wystarczy tylko więcej rozsądku ekonomicznego.