Pierwszy to zupełny brak przejrzystości i spójności w działaniach podejmowanych przez MON. W czerwcu ubiegłego roku z wyścigu o tarczę wypadł amerykańsko-niemiecko-włoski system MEADS. Zarzutem resortu było to, że – upraszczając – nie jest on gotowy. Na placu boju pozostały francuski zestaw SAMP/T oraz amerykański Patriot. W szczycie kampanii prezydenckiej Bronisław Komorowski obwieścił, że wybieramy Amerykanów z Raytheona. Niezrozumiałe jest to, dlaczego wykluczyliśmy MEADS, skoro Patriot, którego chcemy, też jeszcze nie jest gotowy (m.in. trwają intensywne prace nad radarem). Wiceminister Czesław Mroczek na jednym ze spotkań stwierdził z kolei, że w razie trudności w negocjacjach z Amerykanami „mamy w szafie ofertę francuską”. To nieprawda, ponieważ Francuzi nie złożyli żadnej wiążącej oferty handlowej. To, co mamy, to informacje, który uzyskaliśmy znad Sekwany w ramach dialogu technicznego. Niezrozumiałe jest, dlaczego nie dopuściliśmy wszystkich trzech oferentów do złożenia finalnych ofert. Wtedy nasze pole negocjacyjne byłoby znacznie szersze.

Jeśli mówimy o braku przejrzystości, to warto spojrzeć na Niemcy, które w tym roku również decydowały o wyborze systemu przeciwrakietowego. Tam przeprowadzono dogłębną analizę między patriotami a MEADS. I wybrano to drugie rozwiązanie. Cały proces wyboru był zrozumiały i przejrzysty, były podawane argumenty za i przeciw, niemieckie MON opublikowało harmonogram płatności, a także to, ile w przyszłości zostanie wydane na ten system (w przypadku uzbrojenia cena zakupu to 30–40 proc. całkowitej ceny użytkowania). U nas takich informacji zupełnie brakuje, a wszystko jest tajne przez poufne. Dwa tygodnie temu wysłaliśmy Amerykanom szkic letter of request, czyli tego, co my dokładnie chcemy, z prośbą o podanie m.in. ceny i dostępności. Jest on w dużej części tak tajny, że ponoć zdziwieni byli tym nawet za Atlantykiem.

O tym, że patrioty budzą wątpliwości, ponieważ nie są systemem nowoczesnym, a armia amerykańska poważnie zastanawia się, czy warto w nie dalej inwestować, pisano już w Polsce nieraz. Nie jestem wojskowym specjalistą zajmującym się systemami obrony powietrznej – nie będę tego oceniał. Co jednak wiem, to to, że na współpracę przemysłową z Raytheonem bardzo narzeka polski przemysł zbrojeniowy. – Polska Grupa Zbrojeniowa uczestniczyła w rozmowach od początku postępowania offsetowego, tj. od rozpoczęcia opracowywania założeń do oferty offsetowej – odpowiada płk Jacek Sońta, rzecznik prasowy MON. Jednak zdaniem polskich przemysłowców są one zupełnie niekonkretne i nic z nich nie wynika. – Przedstawiciele Raytheona mówią o tym, że nawet 50 proc. wartości kontraktu zostanie zrealizowane w Polsce. Powiem wprost: to bzdura. Moim zdaniem będzie to kilka procent – stwierdza przedstawiciel PGZ proszący o anonimowość. Co ciekawe, z Francuzami z Thalesa, którzy oferowali SAMP/T, Polacy siedli i dokładnie wyliczyli, jaki byłby wkład polskiego przemysłu. I choć oni mówili, że będzie to ponad 60 proc., to przy dokładnych wyliczeniach wyszło, że w ramach programu 5-letniego będzie to trzydzieści kilka procent, w ramach 10-letniego – ok. 50 proc. Ale Francuzi przynajmniej siedli i zaczęli liczyć. Z przedstawicielami Raytheona nikt z polskiego przemysłu takich wyliczeń nie robił (mimo że przedstawiciele polskiego przemysłu chcieli), a z kolei wojsko nie ma w tej materii wystarczających kompetencji. Dodatkowo na każdy transfer technologii wojskowych musi się zgodzić amerykański rząd, a wcale nie jest oczywiste, że ta zgoda będzie.

I jak mawiają Amerykanie, last but not least, pozostaje kwestia ceny. Wiadomo, że Niemcy na swój system obrony, który – znów upraszczając – ma łączyć właściwości polskich programów Wisła i Narew, wydadzą 4 mld euro, czyli ok. 18 mld zł. My zarezerwowaliśmy znacznie więcej, a już teraz coraz częściej mówi się, że to i tak będzie za mało, ponieważ za dostosowanie patriotów do naszych potrzeb będziemy musieli zapłacić naprawdę słono.

Nie twierdzę, że należy zrezygnować z patriotów. Ale moim zdaniem nowy rząd powinien posłuchać podszeptów tych, którzy z wyścigu o polską tarczę już odpadli. Jeśli na placu boju znów stanęłoby trzech konkurentów i tym razem byśmy zażądali ostatecznych ofert, nasza sytuacja negocjacyjna byłaby znacznie lepsza. I nawet jeśli ostatecznie wybralibyśmy patrioty, to na pewno zapłacilibyśmy mniej, a czas ich dostaw byłby znacznie krótszy.