statystyki

Starcie ekonomistów nieuniknione: Neoklasyk kontra heterodoks

autor: Rafał Woś13.09.2015, 18:00
Ekonomia, gospodarka, biznes

Zanim zaczniemy śledzić wymianę ciosów, przyjrzyjmy się pięściarzom. Na początek obrońca tytułu, czyli ekonomia neoklasyczna, zwana też ekonomią głównego nurtu. Co to takiego?źródło: ShutterStock

Wyobraźmy sobie, że pokryzysowa debata ekonomiczna to walka bokserska. W narożniku niebieskim przedstawiciel ekonomii neoklasycznej. Absolutny mistrz, lecz ostatnio w słabej kondycji. W narożniku czerwonym pretendent. Zawodnik z obozu ekonomii heterodoksyjnej, do niedawna boksujący w amatorskiej lidze. Słychać gong. Starcie się rozpoczyna

Reklama


Zanim zaczniemy śledzić wymianę ciosów, przyjrzyjmy się pięściarzom. Na początek obrońca tytułu, czyli ekonomia neoklasyczna, zwana też ekonomią głównego nurtu. Co to takiego? Najłatwiej mówić o jej początkach. Wyrosła w latach 70. XIX w. z prac takich myślicieli, jak Anglik William Jevons czy Francuz Léon Walras. A przede wszystkim Alfred Marshall – postać ciesząca się w swoim czasie popularnością porównywalną z tą, którą cieszyć się będą później John Maynard Keynes i Milton Friedman.

Przyjęło się, że dzisiejsi liberalni ekonomiści za swojego protoplastę uważają Adama Smitha. Tymczasem powinni odwoływać się właśnie do Walrasa czy Marshalla. A to dlatego, że dopiero neoklasykom udało się podnieść ekonomię do rangi nauki ścisłej rządzącej się obiektywnymi prawidłami. Z ich perspektywy żyjący sto lat wcześniej Smith z całym bagażem rozważań etycznych uprawiał w najlepszym wypadku ekonomię polityczną. To neoklasykom zawdzięczamy tchnięcie życia w koncepcję homo oeconomicus. Zaludniających gospodarkę racjonalnych i egoistycznych jednostek, napędzanych przez dwie fundamentalne siły. Maksymalizację użyteczności (stanu posiadania, przyjemności i zadowolenia) i minimalizację dezużyteczności (bólu, braku przyjemności i zadowolenia). To wtedy ekonomista zaczął pretendować do roli naukowca, który uzbrojony w niezawodne szkło powiększające widzi aktorów gospodarczych poruszających się niczym mrówki w wielkim kopcu. I dzięki badaniu ich reakcji na różne bodźce jest w stanie przewidzieć, jak mrówki się zachowają, albo wręcz zmusić je do odpowiedniej działalności.

Neoklasycy byli dziećmi swoich czasów. Pochodzili z krajów, które były potęgami ówczesnego kapitalistycznego świata. To sprawiało, że w automatyczny sposób przyjmowali perspektywę zwycięzcy. Ich ekonomia objaśniała świat, w którym wygrywają silni. Od klasyków (Smith i Ricardo) neoklasycy przejęli przekonanie, że nawet jeśli jednostki działają z pobudek egoistycznych, to dzięki konkurencji ich działania prowadzą do rezultatów dobrych dla całego społeczeństwa. To wówczas największe triumfy święciła wiara w to, że rynek – jeżeli tylko pozwolić mu działać w naturalny sposób – dąży do stanu równowagi. Nic dziwnego, że neoklasycyzm z przełomu XIX w. i XX w. stał się świetnym ekonomicznym uzasadnieniem polityki leseferystycznej. Głoszącej, że homo oeconomicus dobrze wie, co robi, więc najlepiej mu nie przeszkadzać. Nietrudno zgadnąć, że popularność leseferyzmu największa była wśród tych grup społecznych, które w warunkach kapitalistycznego rozkwitu osiągały największe sukcesy. Im niżej na drabince społecznej, tym z poparciem dla leseferyzmu było gorzej. Ale tym nikt się nie musiał zbytnio przejmować, bo demokracja była jeszcze w większości zachodnich krajów w powijakach. Neoklasyczny leseferyzm królował więc niepodzielnie wśród ówczesnych elit zachodniego świata.

Intelektualny desant

Nic jednak nie trwa wiecznie. Kolejne kryzysy gospodarcze były coraz głębsze. Nadszedł 1929 r. i Wielka Depresja, która nawet najbardziej zatwardziałych neoklasyków zmusiła do refleksji, czy aby na pewno rynki potrafią dążyć do samoregulacji. Nieuczciwością byłoby twierdzenie, że neoklasycy się przed tą odpowiedzią uchylali. Jedną z nich był keynesizm, wymyślony przez ucznia Alfreda Marshalla. Na ten temat pisaliśmy już jednak sporo w jednym z poprzednich odcinków „Podręcznika”. Tutaj interesują nas te odpowiedzi neoklasyków, które nie zrywały z całym dorobkiem Smitha, Jevonsa i Marshalla. Tylko próbowały dopasować go do nowych wyzwań. Na przykład prace Brytyjczyka Arthura Pigou, który jako pierwszy (już w latach 20. XX w.) zwrócił uwagę na tzw. koszty zewnętrzne. Czyli sytuację, gdy fabryka zanieczyszcza powietrze albo wodę, bo nie musi za nie płacić ceny rynkowej. W ten sposób maksymalizujący swoją użyteczność przerzuca prawdziwe koszty działalności na resztę społeczeństwa. To dla Pigou sytuacja, gdy do gry powinien wkroczyć rząd i skorygować działanie rynku, nie zaś czekać, aż zadziałają automatyczne stabilizatory. Takie teorie przerzucały mosty między neoklasykami a rosnącymi w siłę w pokryzysowym świecie keynesistami. Mosty te miały już wkrótce posłużyć do prawdziwego intelektualnego desantu.

Zwykło się uważać, że lata 1930–1970 to w zachodniej myśli ekonomicznej czas niepodzielnego panowania keynesizmu. Prawda jest bardziej skomplikowana. Tak naprawdę szkoła neoklasyczna z jej racjonalnym homo oeconomicusem nigdy nie wypadła z gry. Przeciwnie. Stopniowo kolonizowała realnie istniejący keynesizm, by w pewnym momencie całkowicie przejąć jego duszę. Było to zresztą kością niezgody w głośnym w latach 50. sporze pomiędzy keynesistami brytyjskimi (prym wiodła uczennica Keynesa Joan Robinson) a amerykańskimi (takimi jak doradca wielu amerykańskich prezydentów Paul Samuelson). W tym sporze szło głównie o związek między płacą a rozmiarami zatrudnienia. Według keynesistów amerykańskich u źródeł bezrobocia leżą trzy przyczyny: brak zgody związków zawodowych na redukcje płac, utrzymywanie przez rządy płacy minimalnej oraz monopolistyczne struktury rynku, które nie pozwalają rozwinąć skrzydeł wolnej konkurencji. W ten sposób Samuelson i jego akolici przyznali w zasadzie rację ekonomii neoklasycznej. Jedyna różnica pomiędzy nimi była taka, że klasycy domagali się rozpędzenia związków, porzucenia płacy minimalnej i rozbicia monopoli. Natomiast keynesiści spod znaku Samuelsona twierdzili, że wystarczy zwiększać wydatki rządowe tak bardzo, by popyt wzrósł do poziomu, przy którym cała produkcja zostanie sprzedana pomimo zawyżonego poziomu cen i płac. Zdaniem „prawdziwych keynesistów” (tych od Robinson) to była zdrada.


Pozostało jeszcze 63% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję
Więcej na ten temat

Reklama


Artykuły powiązane

Polecane

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Polecane

Reklama