Czy to dobrze? Anglicy mają cierpkie porzekadło, że „dowcipy bogatych zawsze są zabawne”. Każe ono ze sceptycyzmem przyjmować osiągnięcia arystokraty pieniądza na innych polach niż na tym, na którym osiągnął zawodowy sukces. Na przykład gdy pisze książki naukowe lub publicystyczne. Pojawiają się wtedy nieuchronne pytania o to, czy dzieło podoba nam się dlatego, że jest dobre, czy może oślepia nas sukces odniesiony przez autora w zupełnie innej dziedzinie. Lub odwrotnie. Czy automatycznie nie lekceważymy pracy? Na te wątpliwości nie ma oczywiście uniwersalnej odpowiedzi. Zweryfikować je można w jeden tylko sposób. To znaczy przez lekturę.

Cóż otrzymujemy? Książka jest bez wątpienia ambitną pracą naukową. Zresztą nie pierwszą w karierze twórcy Getinu (i doktora ekonomii). Czarnecki wchodzi w niej w sam środek debat, którymi żyje ekonomia po kryzysie 2008 r. Skąd się biorą kryzysy? Dlaczego (zwłaszcza na Zachodzie) najtęższe umysły analityczne uwierzyły, że cykle koniunkturalne zostały okiełznane? I co to oznacza dla firm działających w warunkach globalnej konkurencji? Odpowiadając na te pytania, Czarnecki staje po stronie krytyków myślenia wolnorynkowego. Że gdyby nikt się do gospodarki nie wtrącał, to równowaga zostałaby przywrócona w sposób automatyczny. Od takiej postawy Czarnecki jest daleki. To efekt jego fascynacji dwoma – stosunkowo młodymi – szkołami myśli ekonomicznej.

Chodzi głównie o ekonomię behawioralną. A więc tradycję takich autorów, jak nobliści Herbert Simon czy Daniel Kahneman albo Richard Thaler czy David Goleman. Którzy twierdzą, że ekonomia czy nauka o zarządzaniu nie ma sensu w oderwaniu od psychologii. Bo homo oeconomicusy nie istnieją. Istnieją za to ludzie z krwi i kości. Irracjonalni w swoich działaniach, podatni na emocje oraz pułapki myślenia. A jak tacy ludzie działają w biznesie, to mogą być problemy. Bo w XXI w. dzięki takim agregatorom jak rynki finansowe decyzje wielu z nich mają wpływ na stan globalnej gospodarki. Druga tradycja, do której odwołuje się Leszek Czarnecki, to ekonomia ewolucyjna. Zdecydowanie mniej znana niż jej behawioralna kuzynka. W tym wypadku chodzi o otwarcie się ekonomii na biologię. A zwłaszcza prawa naturalnej selekcji opisane przez Karola Darwina i jego na następców.

Czarnecki łączy więc jedno z drugim i tworzy model DNA firmy. I gdy mówi DNA, naprawdę chodzi mu o... DNA. Nie o żaden symbol czy chwyt retoryczny. Twórca Getinu – bazując na bogatym doświadczeniu menedżerskim – głęboko wierzy, że o sukcesie lub porażce firmy decyduje jej kod genetyczny. Który można rozbić na dwie podstawowe nitki. A każdą z tych nitek na osobne odcinki: gen CEO, gen prawny, gen akcjonariuszy, gen HR, gen pracowników. Ciekawe to wszystko i całkiem nieoczywiste. Co pozwala nawet tym co bardziej sceptycznym czytelnikom spojrzeć bez uprzedzeń na naukowe ambicja rekina polskiego biznesu.