Próbuję policzyć buty, które stoją na półkach w siedzibie Wosh Wosh. Różowe Nike, kilka par air maxów, białe (przynajmniej kiedyś) conversy, baletki, mokasyny, kilka par skórzanych kozaków, sporo butów sportowych, z boku białe eleganckie czółenka.

– Były ślubne, ale klientka chce, by je przefarbować na beżowe – śmieje się Martyna Zastawna.

– Uda się?

– Pewnie! I nie tylko to uda się zrobić ze starymi butami.

Martyna Zastawna jeszcze kilka miesięcy temu była dobrze zapowiadającym się menedżerem w agencji reklamowej. Choć ma dopiero 24 lata, w branży pracowała już od czterech lat. Dziś ma własną firmę Wosh Wosh, która zajmuje się czyszczeniem butów, ich renowacją i ich... personalizacją.

– W marcu tego roku sama potrzebowałam porządnego wyczyszczenia, wręcz wyprania butów. Pracowałam od rana do nocy, nie miałam czasu, by zrobić to własnoręcznie, co więcej, nie bardzo wiedziałam, jak dobrze je wyczyścić. Byłam jednak przekonana, że musi być coś w rodzaju pralni butów. Ale gdy zaczęłam jej szukać, ze zdziwieniem odkryłam, że jednak nie ma niczego takiego. Wydawać by się mogło, że od tego są szewcy. Niestety zawód ten powoli wymiera, więc coraz ciężej znaleźć dobrego fachowca. Jeśli już, oni i tak zajmują się raczej naprawą obuwia niż jego kompleksowym czyszczeniem i odrestaurowaniem. Nie chcą podejmować się takich zleceń – wspomina dziewczyna. – Za to znalazłam sporo przeróżnych specjalistycznych środków do czyszczenia i renowacji materiału, skór, zamszu użytego w produkcji butów. Tak się wciągnęłam, że kupiłam kilka środków, a potem metodą prób i błędów zaczęłam odnawiać najpierw własne buty, potem mojego chłopaka, potem znajomi zaczęli przynosić swoje. Przekazywali też dalszym znajomym, że staram się dawać starym buciorom nowe życie i wygląd. Zainteresowanie rosło – opowiada Zastawna.

Skoro okazało się, że jest tak duży popyt, na rynku nie ma zaś odpowiedniej usługi, Martyna zaczęła zastanawiać się, czy nie jest to sygnał do założenia firmy. – Miałam dobrą pracę, pensję co miesiąc, perspektywy na zrobienie kariery. Ale nie mogłam przestać myśleć o tej niszy. Może nie zastanawiałam się jakoś bardzo długo, ale za to bardzo intensywnie. Tak dogłębnie jak mogłam, zbadałam też rynek takich usług – relacjonuje.

Okazało się, że renowacja obuwia jest bardzo popularna w Azji, szczególnie w Indiach, a liczba preparatów, specjalnych barwników, odnawiaczy jest zaskakująco spora. – W dużej części służą nie tylko do renowacji, lecz także do tzw. customu, czyli personalizacji obuwia pod konkretnego użytkownika. To naprawdę ciekawy rynek, a samo odnawianie butów okazało się bardzo przyjemnym zajęciem – trochę artystycznym, trochę rzemieślniczym. Czymś zupełnie innym niż praca za biurkiem w agencji reklamowej – zauważa dziewczyna.

Wreszcie postanowiła tę bezpieczną posadę rzucić i spróbować sił we własnym biznesie. Zwolniła się w czerwcu. Rozpoczęła przygotowania: szukała nazwy, logo, założyła stronę internetową połączoną z blogiem oraz fanpage na Facebooku. Wiedziała, że nie będzie miała lepszej szansy na dotarcie z informacją o nowej usłudze do potencjalnych klientów niż właśnie za pomocą mediów społecznościowych. – Używając umiejętności nabytych na rynku reklamy, wiedziałam, jak mam działać, by dotrzeć do moich klientów. I jak połączyć usługę rzemieślniczą ze światem 2.0. – tłumaczy. Mocno w całym przedsięwzięciu wspiera ją od początku starsza siostra Gosia, która nie tylko poparła dosyć szalony plan zostania pucybutem, lecz także pomagała w założeniu firmy i jej organizacji.

Przez pierwsze dwa tygodnie zakład pracy mieścił się po prostu w mieszkaniu Martyny. Ale szybko okazało się, że liczba butów i klientów zaczyna przerastać możliwości kawalerki. Na początku lipca wynajęła więc lokal na warszawskim Powiślu, ale i on po dwóch tygodniach okazał się za mały, dobrała do niego bliźniaczy tuż obok. W jednym będzie punkt obsługi klienta, w drugim pracownia. Choć usługa nie jest tania: samo czyszczenie to wydatek co najmniej 29 zł, renowacja obuwia zaczyna się od 59 zł, a custom od 49 zł, to chętnych nie brakuje. – Nie dawałyśmy rady w jednym miejscu wszystkiego robić, bo dziś mamy już ponad 320 par butów oddanych do Wosh Wosh. Co więcej, zaczęłyśmy zatrudniać ludzi – opowiada Zastawna. Obok jej siostry w firmie pojawiły się dwie dziewczyny z wykształceniem artystycznym (jedna po ASP, druga graficzka), które będą pracować nad spersonalizowanymi wersjami obuwia, i kolejne trzy osoby do obsługi klientów i prac renowacyjnych.

– Ledwie ruszyłam, a mamy już dwa lokale i siedem osób. Samej jest mi ciężko w to uwierzyć – śmieje się. Ale jest pewna, że chyba naprawdę trafiła w niszę. Ludzie coraz bardziej dbają o to, co mają. Niekoniecznie chcą kupować kolejne byle jakie buty. Wolą zainwestować w droższe, a potem o nie zadbać tak, by służyły latami. Jak się znudzą, przemalować je bądź ozdobić i znów mieć nowe, wyjątkowe.