Zacznijmy od tego, że Romer nie jest pierwszym lepszym ekonomistą. Co roku wymieniany w gronie murowanych kandydatów do Nobla (w końcu go pewnie dostanie). Zaczynał jako matematyk, napisał wiele ważnych tekstów o teorii wzrostu gospodarczego, wymyślił kontrowersyjną koncepcję „charter cities” (specjalnych autonomicznych miast w krajach rozwijających się) oraz prowadził jedną z pierwszych internetowych platform edukacyjnych.

Rafał Woś

Rafał Woś

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Pod koniec maja Romer przypomniał o sobie tekstem „Mathiness in the Theory of Economic Growth”. Tytułowy „mathiness” to neologizm, który najlepiej przetłumaczyć na polski jako „matematyctwo”. Krótko mówiąc: schorzenie, na które cierpi cała współczesna ekonomia amerykańska. A ponieważ uchodzi ona za najlepszą na świecie, więc choroba dotyka całego świata.

Matematyctwo można porównać do orwellowskiej nowomowy. Nieważne, czy niesie ze sobą jakąś treść, czy też nie. Każda poważna praca ekonomiczna musi zawierać dziś co najmniej kilka matematycznych wzorów. I nieważne, czy prowadzą one do sensownych wniosków. Jeśli za pomocą odpowiedniego wzoru ekonomista zdoła dowieść największej bzdury, to nieważne, że jest to bzdura. Ważne, że zgadza się model. Sztuczka kuglarska została wykonana. Tekst zostanie opublikowany, punkty zebrane, pozycja uniwersytecka ugruntowana.

Pociąga to za sobą daleko idące konsekwencje. Bo ekonomiści, którzy działają według takich zasad, nie są już ekonomistami. Używają matematycznych sztuczek do doraźnych celów politycznych. I nie chodzi tu tylko o politykę w sensie dosłownym (choć też), lecz także o pięcie się po szczeblach kariery naukowej na uczelni. To matematyctwo wyjaśnia, dlaczego przed kryzysem 2008 r. główny nurt amerykańskiej ekonomii tak łatwo zmienił się w maszynę do zaopatrywania neoliberalnych decydentów w pasujące do ich wyobrażeń ekspertyzy. Ekonomiści przestali być bowiem naukowcami – poszukującymi prawdy i gotowymi do dostrzegania oraz poprawiania błędów akademickich kolegów, a także ( o zgrozo!) promotorów. Dominowały lojalność i uległość. Oczywiście matematyka nie była temu winna. Ale dobrze nadawała się do zasłony dymnej. Ucinała „jałowe” spory teoretyczne i żmudne zbieranie danych empirycznych. Elegancja modelu była stempelkiem, który zwalniał z myślenia.

W swoim tekście Romer oskarża „po nazwiskach”. Najpierw noblistów Roberta Lucasa (czyli – żeby było bardziej pikantnie –własnego promotora) i Edwarda Prescotta. Dwóch przedstawicieli szkoły chicagowskiej. Romer zarzuca im, że swoimi eleganckimi, lecz oderwanymi od rzeczywistości modelami otworzyli wiele fatalnych dróg rugowania państwa z gospodarki. A grupy interesu, którym to było na rękę, tylko na to czekały. Ale żeby nie było tak jednoznacznie, Romer dostrzega wirusa „matematyctwa” również u Thomasa Piketty’ego. Zwłaszcza gdy Francuz zaczyna podbudowywać solidne empiryczne badania pretensją do formułowania „obiektywnych” praw ekonomicznych wyrażonych za pomocą słynnych już wzorów (zwłaszcza tzw. drugiego prawa kapitalizmu).

Mogą się państwo pewnie domyślić, jaką burzę w ekonomicznym światku Ameryki wywołało wystąpienie Romera. Pytany „po co mu to?”, ekonomista odpowiadał, znów trochę jakby cytując Kazika. „Czy ty to widzisz? Czy się nie wstydzisz?”.