Za socjalizmu prawo handlowe naturalnie zwiędło, ponieważ przedwojenny kodeks handlowy niby formalnie obowiązywał, a jakby go wcale nie było. Czy ten stan rzeczy pomógł po zmianie ustroju?

Ciągłość polskiego prawa handlowego przerwała rewolucja bolszewicka, która dokonała się w latach 1944–1947, ze swoją nacjonalizacją przemysłu, reformą rolną i innymi aktami grabieży własności prywatnej. I chociaż przedwojenny kodeks handlowy (k.h.) obowiązywał, to nie było przedsiębiorców, którzy mogliby go stosować. Zdarzały się wprawdzie pojedyncze orzeczenia dotyczące spółek, ale były niezwykle rzadkie i nieco egzotyczne w tamtych czasach. W 1964 r. przepisy wprowadzające kodeks cywilny uchyliły k.h. jako całość. Pozostawiono jedynie regulacje dotyczące firmy, prokury i rejestru handlowego spółki jawnej, z o.o. oraz akcyjnej. Ta ostatnia była potrzebna, bo centrale handlu zagranicznego, które miały kontakt z Zachodem, musiały być zorganizowane w formie prawnej spółki handlowej z uwagi na wymagania handlu zagranicznego. Spółka komandytowa została natomiast wyeliminowana jako przejaw szczególnego rozbestwienia. Był w niej przecież komandytariusz – burżuj, który wyzyskiwał komplementariusza – proletariusza. Za nic nie odpowiadał i tylko oczekiwał na zysk. I nie pomógł przykład NRD, gdzie dla niszowych zadań polegających na współpracy sektora prywatnego (komplementariusz) z państwowym (komandytariusz) pozostawiono spółkę komandytową.

Zresztą z tą formą prowadzenia przedsiębiorstwa wiążą się dalsze dziwaczne przygody kodeksu handlowego. Otóż w 1991 r. przywrócono w nim do życia sp.k., mimo że do dziś nie wiadomo, jak można było znowelizować uchylony akt prawny. Tak czy owak, bardzo dobrze się stało, że część przepisów k.h. pozostawiono w mocy, bo chociaż ciągłość prawa handlowego w poprzednim ustroju została zawieszona, to jednak nie została zerwana. I kiedy prawo handlowe zaczęło być potrzebne, nie trzeba go było wymyślać od początku.

Przydało się jeszcze w latach 80.?

Tak, kiedy w drugiej połowie lat 80. poprzedni system polityczny zaczął się powoli rozpadać. Gospodarczo był na tyle dysfunkcjonalny, że kolejne rządy po stanie wojennym zaczęły pozwalać prywatnej inicjatywie na coraz więcej.

Spółkowy boom tamtych czasów dotyczył nie tylko spółek handlowych?

Masowo powstawały też spółki cywilne. Tyle że funkcjonowały jako prawdziwe kurioza.

Zapewne skutkiem tego luźnego podejścia do prawa prywatnego do późnych lat 90. przetrwały w obrocie spółki cywilne z zarządem i prezesem...

Widziałem nawet umowę spółki cywilnej, w której było napisane, że wspólnicy nie ponoszą odpowiedzialności za zobowiązania. Wydawało się to śmieszne, bo też nie miało żadnego znaczenia prawnego, niemniej przykład ten pokazuje, jak bardzo przedsiębiorcy nie mieli pojęcia, czym spółki cywilne różnią się kapitałowych. Co gorsza, nie widzieli wtedy różnicy także między spółką cywilną a jawną. Wiedzieli tylko, że ta druga wymagała wpisu w sądzie rejestrowym, a to już był niepotrzebny kłopot. Za to pierwszą lubili za to, że nie podlegała żadnej kontroli i hulaj dusza, piekła nie ma. Spółki cywilne z połowy lat 80. były więc dużym zagrożeniem i dla bezpieczeństwa obrotu, i dla samych wspólników. A w orzecznictwie – do połowy lat 90. – wręcz przyznawano spółce cywilnej, która przecież nigdy nie była przedsiębiorcą, lecz umową, rozmaite cząstkowe zdolności prawne. Na szczęście to minęło. Dobrze się stało, że kodeks spółek handlowych obowiązujący od 2001 r. narzucił większym spółkom cywilnym konieczność zarejestrowania się jako jawne. Niedobrze, że obowiązek ten został potem uchylony.

A spółki z o.o., które też wyrastały w latach 80. jak grzyby po deszczu?

Większość chętnych do prowadzenia przedsiębiorstwa w tej formie prawnej wyobrażała sobie, że wspólnik spółki z o.o., a nawet prezes zarządu – którym wszyscy chcieli zostać – kompletnie za nic nie odpowiada. I nie trzeba było mieć pieniędzy na wkłady. Działo się tak dlatego, że została zachowana przedwojenna wysokość kapitału zakładowego w wysokości 10 tys. zł. W latach 80. była to śmieszna kwota. Tymczasem w latach 30., kiedy zaczął obowiązywać k.h., była to niemal fortuna. Dla porównania, samochód marki Fiat 508 – dobro wtedy luksusowe – kosztował 5 tys. zł. I kiedy skradała się jeszcze w PRL malutkimi kroczkami gospodarka rynkowa, nikt nie pamiętał, że twórcy kodeksu – mimo że ustanowili wysoki kapitał zakładowy – dodali również przepis o subsydiarnej odpowiedzialności członków zarządu za zobowiązania spółki. Uważali bowiem, że w każdych okolicznościach spółka z o.o. może być znakomitym narzędziem do oszukiwania wierzycieli.

Co się stało z tamtymi pionierskimi, późnosocjalistycznymi tworami potworami?

Część upadła, inne nawet na to nie miały majątku, część została porzucona po przeprowadzeniu transakcji, dla których zostały zawiązane, niektóre się ucywilizowały. Wiele takich martwych spółek z o.o. nadal jest wpisanych do rejestru handlowego.

Więc pewnie wiele z nich będzie teraz klientami sądów rejestrowych, które mają przeprowadzić skróconą procedurę likwidacyjną na podstawie obowiązujących od początku tego roku regulacji ustawy o Krajowym Rejestrze Sądowym. Nie wszystkie przecież spółki wpisane do RHB, czyli rejestru handlowego, zostały przeniesione do KRS.

Spółki z przełomu komunizmu i nowego ustroju nie zostały zlikwidowane lub nie przerejestrowały się w większości przypadków z winy właścicieli. Zupełnie inaczej jest ze spółkami przedwojennymi, które też obejmuje to postępowanie. Na ich losy wpłynęła najpierw wojna, potem realny socjalizm. Dlatego nową regulację uważam za źle rozprawiającą się ze schedą po poprzednim ustroju. Szczególnie wobec braku ustawy reprywatyzacyjnej. Rozumiem, że obecność martwych spółek w obrocie prawnym jest niepożądana. Nie można jednak wykluczyć, że odnajdą się spadkobiercy udziałowców albo że w wyniku sądowej reprywatyzacji zostanie uznany za nieważny jakiś indywidualny akt nacjonalizacyjny. I spółka odzyska majątek. I jeśli nie zdąży się przerejestrować, to on znowu przejdzie na Skarb Państwa? Jednocześnie obowiązuje zaledwie roczny termin przedawnienia roszczeń wspólników, liczony od postanowienia o wykreśleniu spółki z rejestru. Uważam, że ten czas powinien wynosić nie mniej niż dziesięć lat. Tylko wtedy byłbym skłonny uznać tę nowelę do ustawy o KRS za cywilizowaną.

Niemniej gdyby nie ciche istnienie kodeksu handlowego w poprzednim ustroju i jego reanimacja w nowym, nie można by było w ogóle mówić o kontynuacji, w jaką wpisały się i ustawa o KRS, i kodeks spółek handlowych. Przecież oba te akty weszły w życie dopiero z początkiem 2001 r.

K.s.h. został uchwalony po kilkuletniej dyskusji, jaka toczyła się także wokół tego, czy w ogóle potrzebna jest nowa ustawa. Zwyciężyła koncepcja nowego kodeksu, ponieważ liczba zmian przewyższała rozmiary nawet bardzo rozleglej nowelizacji. Gros starej regulacji z pewnym dookreśleniem i zagęszczeniem normatywnym, po koniecznych korektach językowych zostało jednak przeniesione do k.s.h. Modernizacja dotyczyła zwłaszcza spółki akcyjnej, w tym publicznej i implementacji nieznanych wcześniej polskiemu prawu instytucji prawa amerykańskiego. Myślę np. o warunkowym podwyższeniu kapitału zakładowego czy kapitale docelowym w spółce akcyjnej. Nowe musiały być regulacje dotyczące transformacji spółek, ponieważ kodeks handlowy regulował je w sposób bardzo ograniczony, nie przewidywał np. ich podziału. Twórcy k.s.h. musieli również go zeuropeizować. Byliśmy przecież w okresie przedakcesyjnym. Musieliśmy wprowadzić do naszego porządku prawnego unijne dyrektywy. To był jeszcze jeden z powodów, dla których należało uchwalić k.s.h.

Wygląda na to, że o ile samo przejście starego w unowocześnione poszło gładko, to nowelizacje k.s.h mają czasem mniej zwolenników niż przeciwników.

Niedobrze by było, gdyby w każdej sprawie występowało communis opinio doctorum. Źle jest tylko wtedy, kiedy pojawiają się zmiany nieprzemyślane, zwłaszcza wprowadzane poza Komisją Kodyfikacyjną Prawa Cywilnego. Wtedy sprzeciwiają się wszyscy – poza promotorami tych zmian. Jako przykład najbardziej drastyczny niech posłuży nowelizacja z 2008 r., która obniżyła kapitał zakładowy w spółce z o.o. z 50 tys. zł do 5 tys., a w spółce akcyjnej z 500 tys. do 100 tys. Odbyło się to przy sprzeciwie KKPC. Mimo to stworzono potworka, spółkę z o.o., która nie ma nawet de facto zdolności upadłościowej, ponieważ jej obligatoryjny, minimalny majątek nie wystarczy nawet na koszty postępowania upadłościowego. Członkowie zarządu mogą się natomiast łatwo uwolnić od odpowiedzialności, dowodząc, że wierzyciel nie poniósł szkody, bo i tak nigdy by nic nie uzyskał.

Dziś słyszymy, że kapitał zakładowy w ogóle należy znieść, ponieważ ten na poziomie 5 tys. zł i tak nie pełni żadnej funkcji wobec wierzycieli. Czy dopuszczalny jest argument, że kiedy zepsuto jakąś instytucję prawną, to potem trzeba ją unicestwić, ponieważ do niczego się już nie nadaje?

To pytanie tyleż trafne, co retoryczne. Rzecz w tym, że projekty takie, jak obniżający przed siedmioma laty kapitał zakładowy, a także ostatni, który ma wprowadzić do spółki z o.o. udziały beznominałowe, są efektem albo zapotrzebowania polityków, albo czyichś osobistych ambicji, bez zważania na skutki. Przecież argument, że brak konieczności wniesienia tych śmiesznych 5 tys. zł lub szybkie uwalnianie kapitału ze spółki z udziałami bez wartości nominalnej pobudzą rozwój przedsiębiorczości, to czysta demagogia. Obawiam się jednak, że jeśli ta nowelizacja zostanie uchwalona, to jedyną prawdziwą zaletą spółek z o.o. pozostanie to, co o osobach prawnych pisał przed wojną prof. Stefan Buczkowski: nie mają długów karcianych, nie utrzymują metres, nie nadużywają alkoholu. I na tym koniec, bez uwzględniania bezpieczeństwa obrotu. Karniści, z którymi rozmawiałem, obawiają się, że będą to znakomite pralnie brudnych pieniędzy lub zalążki kolejnych afer, takich jak Amber Gold. Dlatego można powiedzieć, że poziom legislacji gospodarczej nadal pozostawia wiele do życzenia, choć z zupełnie innych powodów niż za komuny, kiedy nie było ani dla kogo, ani po co tworzyć instytucji prawa handlowego.

Karniści obawiają się, że spółki z udziałami beznominałowymi będą znakomitymi pralniami brudnych pieniędzy lub nośnikami afer