Zgodnie z nią wszędzie tam, gdzie istnieje choćby minimalne ryzyko szkodliwości – nawet jeśli nie ma w tej sprawie żadnych naukowych ustaleń – należy zastosować skrajnie restrykcyjne regulacje. To zapewne dla wielu przekonujące postępowanie prowadzi do różnych paradoksów.

W odniesieniu do GMO przesądza na przykład o niemożności wprowadzenia do praktyki rolnej i żywnościowej wielu produktów będących standardowo w obiegu w wielu krajach świata. Rygorystyczne stosowanie tej zasady prowadziłoby także w konsekwencji do ograniczenia rozwoju dawno powszechnie zaakceptowanych zastosowań GMO do wytwarzania leków, szczepionek i diagnostyków, produkcji niezbędnych w przemyśle enzymów czy detoksykacji odpadów przemysłowych. Wiele z dostępnych już dzisiaj zastosowań GMO w rolnictwie generuje ponadto pomijane przez przeciwników tej metody niezwykłe dylematy moralne, żeby wspomnieć choćby o zaspokajaniu potrzeb żywnościowych krajów Trzeciego Świata. Z punktu widzenia kosztów produkcji żywności wytworzenie roślin odpornych na pewne choroby jest bowiem znacznie korzystniejsze, ogranicza zużycie pestycydów i w istotny sposób powiększa zbiory.

Wśród argumentów krytycznych dominuje obawa przed długoterminowymi skutkami wykorzystywania GMO w produkcji żywności (to akurat prawda, niczego do końca nie wiemy na pewno, zresztą także w przypadku żywności produkowanej tradycyjnie oraz tysięcy innych rzeczy towarzyszących nam w życiu) oraz obserwowana dzisiaj monopolizacja rynku (znowu prawda, choć są przecież efektywne sposoby zwalczania monopoli). Wyrażany jest pogląd, że organizmy GM nie mają nic wspólnego z tradycyjnym procesem krzyżowania, przełamują bowiem tradycyjne bariery międzygatunkowe. To jednak trudno pogodzić z teorią ewolucji – w jaki niby sposób przed 600 mln lat ze stworzeń jednokomórkowych powstały kręgowce, a potem homo sapiens?

Parę zasadniczych faktów: Uprawy GM są w oficjalnym użyciu od 1996 r. W 2013 r. obszar upraw GM wynosił ponad 175 mln ha, co stanowiło około 3,5 proc. obszaru wszystkich upraw na świecie, i miał tendencję rosnącą. Rynek nasion GM wart jest dzisiaj ponad 16 mld dol. USA, a wartość zbiorów szacowana jest na 10-krotnie więcej. Około 90 proc. upraw GM przypada na pięć krajów – USA, Brazylię, Argentynę, Indie i Kanadę. Globalna liczba gospodarstw, najczęściej małoobszarowych, uprawiających GMO, sięga dzisiaj 20 mln – 25 mln ha, głównie w USA i Brazylii, wykorzystywane jest do upraw przeznaczonych do produkcji biopaliw. Według szacunków stworzenie nowego nasiona GM kosztuje przeciętnie 135 mln dol. i zostaje z reguły natychmiast zabezpieczone patentami. W USA w ostatnich dekadach wprowadzono na rynek dziesiątki zbóż i artykułów spożywczych otrzymanych w wyniku modyfikacji genetycznych i wszystkie okazały się handlowym sukcesem. Dzisiaj 90 proc. ziarna sojowego, 100 proc. bawełny i 60 proc. kukurydzy pochodzi w USA z upraw zmodyfikowanych genetycznie. W istocie trzy czwarte przetworzonych produktów żywnościowych w amerykańskich supermarketach zawiera składniki tego rodzaju.

Sytuacja ta wynika z całkowicie odmiennej interpretacji zasady ostrożności – ryzyko nowego produktu przesądzające o regulacjach rynkowych oceniane jest na podstawie jego własności w ostatecznej postaci, a nie na podstawie procesu, który do tej postaci doprowadził. Inaczej w Unii Europejskiej – regulacje rynkowe bazują na procedurze uwzględniającej zarówno proces produkcji, jak i własności wytworzonego produktu. Wobec rozszerzających się stref wolnego handlu i postępującej globalizacji debata na temat wyższości amerykańskiego bądź europejskiego sposobu rozumienia ryzyka zawartego w biotechnologii ma olbrzymie znaczenie zarówno dla postępu w naukowym rozumieniu świata, jak i dla konkurencyjności gospodarek poszczególnych państw. Brak zgody w tej sprawie miewa dzisiaj istotne konsekwencje polityczne, żeby wspomnieć choćby gwałtowny spór sprzed roku w Komisji Europejskiej w sprawie pozwolenia na uprawę kukurydzy o symbolu 1507.

Żadnej dyskusji nie służą nadmierne emocje. Obniżaniu ich poziomu przysłużyć by się mogło parę uwag semantycznych. W publicznym odbiorze wynik konfrontacji żywności „naturalnej” z genetycznie modyfikowaną jest z góry przesądzony – naturalna kojarzy się jednoznacznie z dobrą, genetycznie modyfikowana jest z definicji podejrzana. Ale jeśli powiemy, że „naturalna” znaczy uprawiana przy szerokim wykorzystaniu pestycydów, bardzo szkodliwych dla zdrowia – sytuacja przestaje być jednoznaczna. A jeśli zamiast „modyfikowana genetycznie” powiemy „udoskonalona poprzez wykorzystanie korzystnych elementów pochodzących z innych, naturalnie występujących w przyrodzie organizmów” – sprawa wydźwięku emocjonalnego rozpatrywanego terminu jeszcze bardziej się zmienia.

Przyznajmy jednak – w Polsce, podobnie jak w wielu innych krajach Unii, zdecydowana większość obywateli ma dzisiaj do GMO bardzo negatywny stosunek. To oczywiście ważny element politycznego kontekstu przy wprowadzaniu regulacji. Fakt, iż na wszystkich wydziałach biologicznych naszych uczelni uczy się studentów technik inżynierii genetycznej, nie wpływa na zmianę powszechnych poglądów. Nie uwzględnia się wysokich kompetencji polskich biotechnologów, niedostatecznie wykorzystywanych w praktyce wobec legislacyjnych ograniczeń rozwoju biotechnologii, będącej dzisiaj jednym z głównych, bardzo dochodowych obszarów innowacyjnej gospodarki, takich jak bioenergia, biofarmaceutyka czy biomateriały.

Wróćmy do zasadniczego pytania o przyszłość krajowych regulacji dotyczących GMO – krajowych, bowiem Unia Europejska niedawną decyzją ograniczyła swoją decyzyjność w tym zakresie (co samo w sobie jest nieco paradoksalne ze względu na wymóg efektywności wspólnego rynku). Decyzja ta wynikła oczywiście z politycznej złożoności problemu – mimo iż ponad 90 proc. unijnych ekspertów popiera rozwój GMO, tylko około 30 proc. obywateli jest podobnego zdania. Jeśli chodzi o przyzwolenie na badania i wykorzystywanie GMO, odpowiedź niezależnego obserwatora wydarzeń powinna chyba dzisiaj brzmieć – tak, ale przy zachowaniu bardzo rygorystycznie zdefiniowanych warunków kontroli. Warunki te nie powinny odbiegać od procedur stosowanych dzisiaj zarówno w badaniu leków, jak i żywności. Oczywiście stwierdzenie to powinno zostać wzmocnione jeszcze jednym warunkiem – zmianą negatywnego nastawienia opinii publicznej w tej sprawie. Do wypracowania bardziej racjonalnego niż obecnie poglądu na ten trudny temat niezbędna jest konsekwentna i dobrze udokumentowana kampania informacyjna. Alternatywą jest bowiem podejście, które trudno uznać za racjonalne – uznanie, że obawy związane z GMO są większe niż wszystkie inne towarzyszące nam zagrożenia i wprowadzenie raz na zawsze zakazu stosowania technik inżynierii genetycznej we wszystkich postaciach. Niestety, stawieniu czoła ewidentnie narastającemu problemowi nie pomoże przyjęta niedawno nowelizacja polskiej ustawy o GMO. Zauważmy więc po raz tysięczny, że podstawą funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego powinna być otwarta debata prowadzona w intencji dochodzenia do racjonalnych konkluzji na drodze wymiany argumentów, umożliwiająca podejmowanie szeroko akceptowanych decyzji. Warunkiem skuteczności takiego postępowania jest kompetencja i intelektualna uczciwość adwersarzy. Nie odnoszę wrażenia, że w sprawie GMO taka debata ma miejsce w Polsce.