Obok jest tekst Sebastiana Stodolaka, w którym autor stara się usprawiedliwiać Miltona Friedmana za niedoskonałości neoliberalnej doktryny. „Jego porad niemal nigdy nie wdrażano tak, jakby sobie tego życzył. Jeśli gdzieś już deregulowano rynek, to zapominano o usprawnieniu aparatu sądowego, by szybciej reagować na nadużycia. Jeśli prywatyzowano, zazwyczaj nie wszystko i w taki sposób, by majątki trafiały do z góry ustalonych osób i instytucji. Jeśli obniżano wydatki państwowe, to nie towarzyszyły temu obniżki podatków. Do tego nie rozumiano podstaw monetaryzmu. (...) Jeśli w ciągu ostatnich trzech dekad mieliśmy więc do czynienia z neoliberalizmem, nie był to neoliberalizm Miltona Friedmana, a co najwyżej jego wynaturzona wersja: konstytuowanie się kapitalizmu kolesiów, formowanie biznesowych grup interesu i zdobywanie przez nie kolejnych politycznych flanek”. Czyli tego, że doktryna neoliberalizmu działa wadliwie, winni są ci, którzy ją wdrażali do praktyki gospodarczej, bo nie rozumieli podstaw monetaryzmu.

Szkoda, że autor tekstu zapomniał o wpadkach, jakich doświadczano też wtedy, gdy wdrażano neoliberalne pomysły Friedmana zgodnie z jego zaleceniami. Kiedy w 1981 r. Ronald Reagan objął urząd prezydenta USA, pod wpływem doradców dał się przekonać do wprowadzenia bardzo dużej obniżki podatków, zwłaszcza dla największych dochodobiorców. Zapewniano go, że przełoży się to na większe inwestycje i podniesienie tempa wzrostu dochodu, co pomimo obniżonej stopy opodatkowania będzie skutkowało większymi wpływami do budżetu federalnego, aniżeli jest to przy wyższej stopie podatkowej. Wysoka stopa podatkowa ogranicza bowiem prywatne inwestycje i obniża możliwe potencjalnie wyższe tempo wzrostu produkcji i dochodu. Jak wielkie musiało być rozczarowanie prezydenta, gdy się przekonał, że wzrost prywatnych oszczędności realizowanych z obniżek podatkowych nie przełożył się na wzrost krajowych inwestycji, ale odpłynął za granicę i został zainwestowany w krajach o gospodarkach wschodzących, w których prywatny kapitał mógł realizować kilkakrotnie wyższą stopę zwrotu z inwestycji aniżeli w USA. Powstały z tego tytułu wysoki niedobór budżetowy trzeba było uzupełnić emisją papierów dłużnych. W rezultacie za prezydentury Reagana dług publiczny ukształtował się na wielokrotnie wyższym poziomie aniżeli za wszystkich poprzednich prezydentów. Na domiar złego produkowane za granicą towary przy wielokrotnie niższych kosztach płacowych poczęły masowo napływać do Ameryki i eliminować z niego drogą produkcję krajową. Skutkowało to likwidacją i przenoszeniem całych zakładów produkcyjnych z USA do krajów o gospodarkach wschodzących, w których kapitał zachodni realizuje nadzwyczajnie wysokie zyski głównie z powodu niskich kosztów pracy. Równolegle w krajach macierzystych dokonywały się dezindustrializacja i regres wynagrodzeń za pracę oraz szybkie powiększanie się dysproporcji między kurczącymi się dochodami z pracy a wzrastającymi z kapitału.

Czy Friedman przewidywał, że wdrożenie do praktyki gospodarczej doktryny neoliberalizmu według jego zamysłu będzie miało takie skutki? Pod koniec tekstu Stodolak przywołuje wybitnych przedstawicieli austriackiej szkoły ekonomii, którzy poddali krytyce teoretyczne podstawy neoliberalizmu. Ludwig von Mises zarzuca Friedmanowi, że jest socjalistą, bo „ustalenie ceny pieniądza powierza rządowi”, a Jesus Huerta De Soto twierdzi, że Friedmanowi „bliżej do keynesistów niż do liberałów”, bo „posługuje się ich językiem i narzędziami”. Natomiast libertarianin Peter Drucker uważa, że ponieważ „ekonomia Friedmana skupia się wyłącznie na popycie”, ma więc „elementy spójne z keynesizmem (które) sprawiły, że Friedman i jego szkoła chicagowska mogły odnieść sukces w mainstreamie”, czyli przebić się do głównego nurtu w ekonomii.

Wszystkie te wysuwane zarzuty pod adresem ekonomii Friedmana są chybione i jako takie nieuprawnione. Nie można czynić zarzutu i dyskwalifikować teorii tylko z tego powodu, że jej twórca wykorzystał narzędzia innych badaczy. Istotne jest to, aby narzędzia te zostały prawidłowo zastosowane, aby odbiorcy teorii jednoznacznie rozumieli jej treść zgodną z zamysłem jej twórcy. Jest prawdą, że ekonomia Friedmana skupia się przede wszystkim na popycie, jednak do wyjaśnienia problemu nierównowagi rynkowej podchodzi z zupełnie innej perspektywy niż teoria Keynesa. Ten twierdzi, że przyczyną nierównowagi rynkowej jest niedostateczny wzrost popytu efektywnego, ponieważ „psychika społeczeństwa jest tego rodzaju, że łączna konsumpcja rośnie z całkowitym dochodem realnym, ale przyrost jej jest mniejszy od przyrostu dochodu”. Dlatego uważa, że „to właśnie prawo psychologiczne jest kluczem do naszego zagadnienia” (John M. Keynes, „Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza”, PWN Warszawa 1985, str. 53 i 56). Keynes proponował więc, aby to państwo aktywizowało popyt poprzez prowadzenie odpowiedniej polityki fiskalno-budżetowej – aby wypożyczało wolne niewydawane przez społeczeństwo środki pieniężne z powodu skłonności do nadmiernych oszczędności i finansowało nimi deficytowe wydatki budżetu. Tymczasem Friedman uważa, że problem tkwi nie w tym, że występują nadmierne oszczędności, które rzekomo obniżają wzrost efektywnego popytu w stosunku do wzrastającej podaży towarów na rynek, ale w tym, że wzrost podaży jest zmienny, niestabilny w czasie i że tę niestabilność nie tylko podtrzymuje, ale wręcz pobudza i pogłębia zmienny wzrost podaży pieniądza. Dlatego uzasadnia, że głównym czynnikiem powinien być stały wzrost popytu określony 4–5-proc. wzrostem strumienia podaży pieniądza. Wtedy wzrost wartości podaży towarów będzie automatycznie dostosowywał się do wartości popytu, albowiem wartość podaży nie będzie mogła wzrosnąć bardziej aniżeli o 4–5 proc. Jeśliby bowiem realna podaż wzrosłaby bardziej, wtedy musiałyby odpowiednio spaść ceny, tak aby ogólna wartość podaży dostosowała się do wartości popytu. Przy takim mechanizmie regulacji rynkowej wzrost gospodarczy będzie bardziej stabilny, nie będzie w nim bowiem wysokich koniunkturalnych boomów kończących się kryzysami.

Wyżej rozumianej propozycji Friedmana stabilizowania wzrostu gospodarczego można jednak postawić taki zarzut, że swojej teorii do końca nie dopracował. Nie podał, jakim kanałem nowo kreowany pieniądz powinien być wtłaczany do obiegu. Jeśli będzie wtłaczany kanałem bankowym, czyli w taki sposób, że bank centralny będzie zasilał banki komercyjne w emitowany przez siebie pieniądz i dopiero one będą go wypożyczały kredytobiorcom i w ten sposób będzie pobudzany ogólny wzrost popytu, to w stosunku do obowiązujących zasad prowadzenia polityki pieniężnej nic się nie zmieni, a zostaną jedynie ograniczone górne pułapy do 4–5-proc. wzrostu koniunktury. O wzroście popytu bowiem będą nadal decydowały nastroje i kaprysy konsumentów. Stały wzrost popytu będzie mógł być dopiero wtedy zapewniony, gdy nowo kreowany pieniądz będzie wtłaczany do obiegu poprzez finansowanie wydatków budżetowych nieoprocentowanym kredytem przez bank centralny. Wtedy banki komercyjne będą mogły udzielać kredytów tylko do wysokości posiadanych kapitałów, przede wszystkim do wartości zdeponowanych w nich oszczędności. Przy takich zasadach funkcjonowania systemu pieniężno-finansowego będzie spełniony podstawowy postulat głoszony przez austriacką szkołę ekonomii, aby udzielane przez banki komercyjne kredyty miały stuprocentowe pokrycie w kapitale.