Ale ewentualna umowa z Iranem jest potrzebna nie tylko z naszej – nieco egoistycznej – perspektywy właścicieli samochodów. Tego, czy Teheran przez ostatnie kilkanaście lat faktycznie próbował wejść w posiadanie broni atomowej, czy też były to tylko nieudowodnione niczym oskarżenia, zapewne nie wyjaśnimy, ale porozumienie daje nadzieję na to, że tych planów Iran się wyrzeknie. Wbrew temu, co niedawno mówił podczas wizyty w Stanach Zjednoczonych premier Izraela Benjamin Netanjahu i co powtarzają w Kongresie republikanie, Iran w ciągu ostatnich dwóch lat wykonał kilka gestów w kierunku USA, które warto docenić. Być może zrobił to wskutek naftowego embarga, ale tak czy inaczej postawa w stylu „najpierw się wyrzeknijcie energii atomowej, a my się dopiero wtedy zastanowimy, czy znieść sankcje” do niczego nie doprowadzi.

Drugą, oprócz broni atomowej, kwestią jest uspokojenie sytuacji na Bliskim Wschodzie. Nikomu, w sytuacji gdy już teraz jest to jeden z najbardziej zapalnych regionów świata, nie byłby na rękę kolejny konflikt tam, szczególnie jeśli Izrael miałby go rozpocząć na własną rękę. Międzynarodowe porozumienie z Iranem wytrącałoby Jerozolimie wszelkie argumenty z ręki.

Wreszcie jest sprawa Państwa Islamskiego, dla którego wrogiem są zarówno Stany Zjednoczone, jak i Iran. Pod koniec zeszłego roku doszło nawet do egzotycznego sojuszu w walce, gdy irańskie lotnictwo na własną rękę rozpoczęło naloty na pozycje islamistów, chcąc nie chcąc wspomagając działania amerykańskiej koalicji. W przypadku unormowania się stosunków między Waszyngtonem a Teheranem Iran mógłby się nawet okazać bezcennym sojusznikiem w walce z samozwańczym kalifatem. Iranu nie trzeba kochać, ale można się z nim ułożyć i pokojowo współegzystować. Z Państwem Islamskim ułożyć się nie da w żaden sposób. Warto mieć to w pamięci.