statystyki

Kasta nadzorcza: Fachowcy czy paprotki, kto zasiada w radach polskich firm?

autor: Mira Suchodolska13.03.2015, 07:19; Aktualizacja: 13.03.2015, 09:23
bank, rozmowa, biznes, firma

bank, rozmowa, biznes, firmaźródło: ShutterStock

Sala konferencyjna, przy okrągłym stole grono ludzi – głównie mężczyzn – w dobrze skrojonych garniturach. Jeden z nich coś referuje, reszta sprawia wrażenie śmiertelnie znudzonych. Ukradkiem zerkają na drogie (i bardzo drogie) zegarki. Referent mówi z zaangażowaniem, niemal emfazą. Przekonuje. Przestrzega. Niemal krzyczy. Odpowiadają mu bezgranicznie puste spojrzenia. Po kilku minutach zrezygnowany, kończy i zagaduje zgromadzonych: czy mają jakieś pytania. – Tak – jeden z nich podnosi rękę. – Kiedy będzie obiad?

To nie szkolenie bhp. Tak wciąż jeszcze wyglądają spotkania rad nadzorczych w niektórych polskich firmach. I wciąż zdarza się, że ich członkowie nie rozróżniają wyniku rachunkowego od bilansu, a przy wyrażeniach typu EBITDA wpadają w panikę. Dobra wiadomość jest taka, że jest ich coraz mniej, bo kasta nadzorcza nieubłaganie się profesjonalizuje. W miarę upływu lat coraz mniej też będzie przybywać smakowitych anegdotek i tych historii opowiadanych ściszonym głosem, które akcjonariuszom spółek – gdyby je znali – niechybnie jeżyłyby włosy na głowie.

Bo z radami nadzorczymi w polskiej rzeczywistości wiąże się kilka paradoksów. Jednym z nich jest zasłona utkana z gęstej tajemnicy, która owiewa ich działalność i w ogóle istnienie, które mimo upływu ponad ćwierć wieku od transformacji wciąż się nie może jakoś przebić do świadomości społecznej. Nie ma na ten temat reprezentatywnych badań, ale zapytajcie znajomych spoza biznesu – co to takiego ta rada nadzorcza. Odpowiedzią będzie wzruszenie ramionami: coś tam nadzoruje, nad czymś radzi. Kolejna sprzeczność to wciąż zbyt niska ranga, jaką przypisuje się u nas – w porównaniu z bardziej rozwiniętym gospodarczo światem – temu ciału. Z czym wiąże się następny paradoks, a więc zarobki. Nieproporcjonalnie niskie w stosunku do tych, jakie otrzymują członkowie zarządów, a więc osoby, które mają być przez RN kontrolowane. Co z kolei sprawia, że nie najłatwiej znaleźć świetnych fachowców, którzy chcieliby w nich z zaangażowaniem działać. Zbyt wielu w nich przypadkowych ludzi, którzy traktują je jako niezobowiązujący i mało angażujący sposób na dorobienie paru groszy. I zbyt wiele firm, w radach których obsadza się nie tych, którzy powinni w nich zasiadać dla wspólnego dobra, ale pieczeniarzy, którym – z tego czy innego powodu – trzeba się było odwdzięczyć. Albo takich, którzy mają nazwiska. A raczej Nazwiska kojarzące się z określoną strefą. Nie muszą być fachowcami, na niczym się znać. Samo Nazwisko i kontakty zapewniają ochronę zwaną z rosyjska kryszą.

Kim są ludzie, którzy w nich zasiadają? No cóż, jak to w życiu. Jeśli wszystkich członków rad nadzorczych wsypalibyśmy do pojemnika w kształcie ostrosłupa czworokątnego, na szczycie tej piramidy zobaczylibyśmy może pół setki nazwisk wybitnych fachowców, samą śmietankę radonadzorczych zasiadaczy. Najczęściej idealistów, którzy wiedzą, jak powinno być, i rwą włosy z głowy, że tak nie jest. Zaś na samym dole, szeroką podstawą, pleniłyby się nic nikomu niemówiące miana drobnych wyrobników laików, szarych przyjaciół i znajomych niewiele znaczących biznesowych królików.

Paprotki

Przemysław Schmidt, prawnik i finansista, jeden z reprezentantów elity, opowiada, że on wszedł w to środowisko niejako poślizgiem. Był asystentem prof. Stanisława Sołtysińskiego, specjalisty od spółek handlowych, więc dogłębnie poznał sprawę od strony teorii. Po 1989 r., kiedy gospodarka zaczęła się zmieniać, ludzie, którzy mieli pojęcie i znali jakiś język obcy, byli na wagę złota. Pamięta swoją pierwszą radę, której szefował, to była huta szkła Kunice, którą kupił dla francuskiego klienta, firmy Saint-Gobain. – W tamtych czasach był jeszcze zwyczaj, że w spółkach Skarbu Państwa w radach nadzorczych byli ludzie ze związków zawodowych – wspomina. Tacy prawdziwi związkowcy: wkurzeni, agresywni, roszczeniowi. Postanowił jednak nie sczyszczać ich, czego się spodziewali, ale zostawić. – I niech sobie pani wyobrazi, że oni bardzo szybko stali się probiznesowi, zaczęli pomagać, szukać rozwiązań – wspomina Schmidt.

Bo, generalnie rzecz biorąc, to jest podstawowa funkcja rady nadzorczej: patrzeć z dystansu, co się dzieje w firmie, kontrolować, czy wszystko gra w papierach i rachunkach, patrzeć na ręce zarządowi i, jak trzeba, wspierać, jak trzeba, skorygować, przewidywać możliwe ryzyko i nim zarządzać. Jak podnosi Ryszard Petru, w Polsce prawo o radach nadzorczych jest tak ustawione, że grono to jest w zasadzie w pozycji policjanta-księgowego, nie może się angażować czynnie w działalność operacyjną, ale jeśli porządnie wykonuje pracę, i tak ma co robić. Nie bez znaczenia jest także to, jaką pozycję społeczną i zawodową mają jej członkowie, kogo znają, do kogo w razie potrzeby mogą zadzwonić. „Stary, pomóż, bo jest źle”. To zawsze było, jest i będzie ważne – nie ma się co czarować, że jest inaczej. W dodatku lobbując za firmą, w której radzie się zasiada, np. u ważnego polityka, jest się w zgodzie z prawem, co ułatwia sytuację.


Pozostało jeszcze 83% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Polecane

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Polecane