Dlaczego III RP nie zbudowała swojego Centralnego Okręgu Przemysłowego albo portu w Gdyni? To zarzut formułowany często przez polskie środowiska konserwatywno-prawicowe, które zarzucają dzisiejszym elitom politycznym, że ich jedyną zasługą jest uwolnienie spętanej przed 1989 r. przedsiębiorczości. A zaniedbaniem – brak liczących się inwestycji publicznych na rzecz wspólnego dobra, którymi mogła się pochwalić sanacja. Z innych stron słychać czasem z kolei, że dorobek III RP na tym polu jest wręcz słabszy nawet od trwającej przecież zdecydowanie krócej epoki Gierka. Nie mówiąc już o całym okresie PRL.

I (coraz częściej) takie argumenty nie są przejawem podejrzanej nostalgii za komuną, lecz wynikiem trzeźwego rachunku. W latach 1945–1989 powstało 1615 nowych zakładów przemysłowych i były tu niemal wyłącznie (95 proc.) inwestycje typu greenfield, czyli na terenach uprzednio niewykorzystanych przemysłowo. Powstało w nich prawie 2 mln miejsc pracy. Najwięcej, 617 zakładów, zbudowano w latach 70., czyli w epoce Gierka. Z tych 1615 nowych zakładów przemysłowych po 1989 r. zlikwidowano 657. Oznaczało to pozbycie się 30 proc. majątku przedsiębiorstw, 36 proc. ich potencjału produkcyjnego i 45 proc. zatrudnienia. To liczby przytoczone przez ekonomistę Andrzeja Karpińskiego w wydanej rok temu książce „Jak powstawały i jak upadały zakłady przemysłowe w Polsce”. Ten ubytek został zastąpiony głównie przez napływ kapitału zagranicznego, znów więc państwo nie musiało nic samo budować. Ale nawet autorzy o poglądach antyetatystycznych i prorynkowych dowodzą, że coś jest nie tak. „Zabrakło długofalowego programowania warunków przyszłego rozwoju, poczynając od gospodarki wodnej poprzez energetykę, infrastrukturę drogową, kolejową, teleinformatyczną. Działania we wszystkich tych kluczowych obszarach mają charakter doraźny” – czytamy w opublikowanej właśnie książce prof. Andrzeja K. Koźmińskiego „Czas pokera”. A jeśli komuś bliższa jest wizja państwa bardziej socjalnego, to zwróci pewnie jeszcze uwagę na brak wielkiego strategicznego planu w takich dziedzinach jak rynek pracy czy polityka mieszkaniowa.

Niezależnie więc od tego, czy bliższy jest nam liberalizm, czy gospodarka prospołeczna, i tak kończymy z tymi samymi pytaniami: dlaczego nie ma długofalowego planowania w tych wszystkich dziedzinach? A jeżeli taki plan jest, to dlaczego my, obywatele i krytyczni obserwatorzy, tego nie widzimy? Dlaczego polska polityka tak bardzo przypomina gaszenie pożarów?

Pożądana abdykacja

Posłużę się przykładem z innej niż gospodarka dziedziny: dlaczego jest tak, że jeden minister sprawiedliwości (a właściwie wiceminister) przygotowuje ambitną reformę sądów i postępowania karnego, a kolejny minister – choć reprezentuje to samo ugrupowanie – już na wstępie chce tę reformę zawiesić? I co opinia publiczna ma o tym myśleć? Czy zawalił ten pierwszy, bo porwał się z motyką na słońce, reformy nie skonsultował ze środowiskiem sędziowskim i przesadził w neofickim zapale reformatora za wszelką cenę? Czy może ten drugi, który zamiast kontynuować odważne dzieło poprzednika, skapitulował przed obrońcami zgniłego status quo?

Nawet najodważniejsze posunięcie legislacyjne rządu Donalda Tuska, czyli odwrócenie nieprzemyślanej i nieprzygotowanej prywatyzacji systemu emerytalnego, było gaszeniem pożaru. Związanym z dostrzeżeniem przez ówczesną PSL-owską minister pracy Jolantę Fedak fiskalnych konsekwencji, które niesie dla budżetu państwa dalsze funkcjonowanie OFE. Dopiero to był impuls do zlecenia zbadania sprawy Janowi Krzysztofowi Bieleckiemu i jego radzie gospodarczej przy premierze. Która to rada znalazła i sformułowała wiele argumentów uzasadniających wycofanie się z prywatyzacyjnej ścieżki. Wszystkie one były jednak formułowane po fakcie. Aby uzasadnić pilną potrzebę gaszenia pożaru. A nie na odwrót.

Do pewnego stopnia jest to wina systemu. To oczywiste, że w warunkach faktycznej demokracji trudno jest planować i realizować dalekosiężne reformy. W tym sensie elity polityczne po 1989 r. miały o wiele trudniej niż wznosząca COP w dwa lata ekipa Eugeniusza Kwiatkowskiego. O inwestycjach ekipy Gierka albo planie sześcioletnim (1950–1955) nie wspominając. To cena (skądinąd wiemy, że warta zapłacenia) za przejrzystość procedur, pluralizm i możliwość zmiany władzy w wyniku wyborów. Sytuację komplikuje jeszcze kontekst międzynarodowy. Ekonomista z Princeton Dani Rodrik nazwał to nawet niedawno trylematem. Dowodząc, że żaden kraj nie może mieć jednocześnie demokracji, suwerenności i globalizacji. Dwie z tych wartości da się pogodzić bez większego problemu. Ale trzech nigdy. A w momencie, gdy oddaje się część suwerenności, cierpi na tym przecież możliwość prowadzenia długofalowego planowania gospodarczego.

Tłumaczenie własnych słabości systemem jest jednak pójściem na łatwiznę. I nie trzeba (choć można) sięgać nawet do Miłosza i jego pięknej dykteryjki, że „lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach”. Bo nietrudno zauważyć, że spora część winy spoczywa również na rządzącej Polską klasie politycznej. Która (przynajmniej na samym początku) dała sobie wmówić, że z gospodarki najlepiej abdykować.

Na przestrzeni polskiej transformacji ta abdykacja przyjmowała rozmaite oblicza. Od pryncypialnie liberalnej postawy, że „najlepszą polityką przemysłową jest brak polityki przemysłowej”, po gardzący formułowaniem dalekosiężnych celów pragmatyzm Platformy Obywatelskiej. Jej czołowi przedstawiciele niechętnie mówią o długofalowym programie. Zapytany kiedyś przez DGP o swoją wizję rozwoju Polski prezydent Komorowski zacytował kanclerza RFN Helmuta Schmidta, mówiąc, że „jak ktoś ma wizje, to powinien iść do lekarza, a nie do polityki”. To oczywiście żart, ale dość dobrze oddający istotę sprawy. Bo tu nie chodzi tylko o słowa. Bardzo praktycznym przejawem platformerskiej nonszalancji strategicznej był los zespołu doradców strategicznych Michała Boniego. Powstał tuż po pierwszym parlamentarnym zwycięstwie PO w 2007 r. i składał się z kilkunastu młodych ekspertów. Opozycja zżymała się, że są tam dzieci krewnych i znajomych królika, np. Paweł Bochniarz, syn szefowej Lewiatana Henryki Bochniarz, która była swego czasu pracodawczynią Boniego. Ale prawdziwym problemem było co innego. Osoby dobrze poinformowane relacjonują, że Michał Boni był wówczas w kancelarii premiera kimś w rodzaju złotej rączki i to na jego głowę spadało zarządzanie każdym poważnym kryzysem w otoczeniu premiera. W praktyce taką rolę z długofalowym namysłem było bardzo trudno pogodzić. Na dodatek zespół doradców strategicznych po zaprezentowaniu przekrojowego raportu o najważniejszych wyzwaniach stojących przed państwem został rozwiązany. Bo po wyborach 2011 r. Boni przeszedł na stanowisko ministra, a jego dawni doradcy wrócili do pracy akademickiej, trzeciego sektora albo biznesu. I gdy się z nimi dziś rozmawia, to można odnieść wrażenie, że mają świadomość sporego utraconego potencjału. Bo ich raport tak naprawdę nigdy nie stał się podstawą polityki rządu Tuska. W ich miejsce pojawiły się rzecz jasna nowe ośrodki analityczne, które rozpoczęły swoje prace niemal od nowa.

Niektórym takie podejście do robienia polityki może się oczywiście podobać. Znajdą się bez wątpienia i tacy, którzy będą dowodzili, że wszelkie (zwłaszcza tworzone przez administrację) plany i strategie to tylko niepotrzebna strata papieru. W końcu i tak żyjemy w czasach niepewności. Więc po co cokolwiek planować. Kłopot polega jednak na tym, że w politycznej rzeczywistości brak planu też jest planem. Tak samo jak brak regulacji też jest regulacją. Pokazać to można na wielu przykładach. Państwo może nie prowadzić świadomej polityki mieszkaniowej, ale ludzie muszą gdzieś mieszkać. W związku z tym nadmiernie się zadłużają, co prowadzić może do takiego krachu na rynku finansowym, jaki wydarzył się w USA (i wielu innych krajach bogatego Zachodu) w latach 2007–2008. Doskonale opisali to niedawno w książce „House of Debt” ekonomiści Amir Sufi i Atif Mian. A wcześniej Colin Crouch i Wolfgang Streeck, zwracający uwagę na zjawisko „sprywatyzowanego keynesizmu”, a więc wpychanie obywateli w dług w reakcji na zwijanie się państwa dobrobytu. Podobne mechanizmy można pokazać na każdym właściwie polu. I to również w Polsce. I tak na przykład brak dalekosiężnej polityki przemysłowej nie uczynił z naszego kraju przemysłowej pustyni. Ale bez wątpienia sprawił, że lokowana u nas przez zagraniczne koncerny produkcja i usługi nie należą (delikatnie mówiąc) do tych najbardziej innowacyjnych i przynoszących najwyższy zysk. A brak jednoznacznego sformułowania granic prywatyzacji usług publicznych kończy się „pełzającą prywatyzacją” (określenie badającego problem prawnika z UW Dawida Sześciły) takich dziedzin jak edukacja czy opieka zdrowotna. To nie koniec. Bo są i tacy ekonomiści, którzy twierdzą, że tego nie da się przeczekać. Ponieważ brak reakcji ze strony demokratycznych władz politycznych będzie nieuchronnie prowadził w kierunku anarchokapitalizmu. Ustroju społecznego, w którym państwo albo zupełnie zniknie, albo będzie pozbawioną jakiegokolwiek znaczenia protezą. Wraz z nim umrze też nieuchronnie demokracja.

Star Trek z Chile

Czy takiego scenariusza da się uniknąć? Pewnie tak. Wymagałoby to jednak powrotu do jakiejś formy długofalowego planowana gospodarczego. Tylko jakiego? Modeli jest wiele. Zanim się im przyjrzymy, warto jednak zdjąć odium ciążące na samym wyrażeniu „planowanie gospodarcze”. Z powodów historycznych kojarzy się ono w Polsce z gniciem realnego socjalizmu (widocznym zwłaszcza w latach 80.) i podtrzymującym go autorytarnym jednowładztwem partii komunistycznej. I oczywiście jest to skojarzenie słuszne. Bo PRL faktycznie próbowała realizować koncepcję gospodarki nakazowo-rozdzielczej. To znaczy takiej, która znosiła rynkowy mechanizm ustalania cen oraz prywatną kontrolę nad środkami produkcji. Komuniści chcieli w ten sposób zlikwidować kilka paskudnych (ale niestety naturalnych) cech kapitalizmu, czyli koncentrację zysku w rękach już i tak najbardziej majętnych, oraz nadprodukcję, której cechą są wahania koniunktury skutkujące regularnym wpadaniem gospodarki w fazy głębokiej dekoniunktury. Ten eksperyment nie spełnił jednak pokładanych w nim nadziei. A jego praktyczne skutki najlepiej opisał w połowie lat 80. węgierski ekonomista Janos Kornai, nazywając ją „gospodarką niedoboru”, w której brak produktów na rynku nie jest wypadkiem przy pracy, lecz stanem powszechnym, intensywnym i chronicznym. A nawet stanem w pewnym sensie preferowanym przez władze walczące z nadprodukcją.

Z łatwą oceną dorobku realnego socjalizmu jest jednak zasadniczy problem. To był system, który istniał w konkretnej rzeczywistości geopolitycznej. Innymi słowy, na podstawie fiaska centralnego planowania w ZSRR i innych krajach byłego bloku wschodniego można wyciągnąć co najwyżej wniosek, że nie sprawdził się ten specyficzny sowiecki rodzaj planowania w przypadku krajów biednych i mocno wobec Zachodu opóźnionych. Czy sprawdziłby się inny niesowiecki model centralnego planowania wprowadzony – jak to wieszczył Marks – w krajach najbardziej uprzemysłowionych? Tego nie wiemy.

Nigdy w praktyce nie zastosowano na przykład modelu rynkowego socjalizmu Oskara Langego. Polak dowodził w nim, że działający w ramach swobodnie kształtujących się cen centralny planista będzie podejmował bardziej trafne i efektywne decyzje dotyczące alokacji zasobów niż setki czy tysiące niezależnych od siebie prywatnych producentów. I to nawet przy założeniu, że jego decyzje będą podlegały politycznym czy lobbystycznym naciskom. Wszak i decyzje prywatnych producentów nie są od takich nacisków wolne. Podstawową różnicą między rynkowym socjalizmem Langego a kapitalizmem miała być jednak lepsza redystrybucja wypracowanego przez gospodarkę dochodu, który nie trafiałby do prywatnej kieszeni pojedynczego przedsiębiorcy, lecz do kasy państwowej. Koncepcja – ogłoszona po raz pierwszy w 1936 r. – zrobiła z Langego gwiazdę amerykańskiej ekonomii i dała mu profesurę na Uniwersytecie Chicagowskim. W pogrążonej w skutkach wielkiego kryzysu Ameryce dobrze rozumiano wówczas potrzebę wprowadzenia do gospodarczej gry zawodnika, który będzie potrafił planować na czas dłuższy niż tylko zamknięcie kolejnej giełdowej sesji. Z dzisiejszej perspektywy trudno w to uwierzyć, ale jeszcze pod koniec II wojny światowej wierchuszka amerykańskiej polityki i ekonomii uważała, że sojusz radziecko-amerykański będzie realną osią powojennego ładu politycznego.

I to nie tylko wojskowego, ale również ekonomicznego. Genialny ekonomista i pionier badań nad przedsiębiorczością Joseph Schumpeter otwarcie wieszczył, że kapitalizm będzie ewoluował w kierunku socjalizmu i na odwrót. A brytyjsko-amerykańskie porozumienie z Bretton Woods i powołanie międzynarodowych organizacji finansowych można rozumieć jako stworzenie fundamentów pod budowę ogólnoświatowego urzędu ekonomicznego planowania. Dopiero wybuch zimnej wojny przekreślił te wszystkie plany. A Stany Zjednoczone i Związek Radziecki z antyhitlerowskich sojuszników stali się arcyrywalami.

Wpływ zimnej wojny był zabójczy dla kilku innych ciekawych eksperymentów. Na przykład dla projektu jakby żywcem wyjętego z filmu science fiction, na który zdecydowali się Chilijczycy po przejęciu władzy przez lewicowy rząd Salvadora Allende w 1970 r. Władze w Santiago zwróciły się do słynnego brytyjskiego pioniera cybernetyki Stafforda Beera z prośbą o stworzenie supernowoczesnego systemu centralnego zawiadywania gospodarką. Projekt nosił nazwę Cybersyn i polegał na połączeniu za pomocą mostu informacyjnego należących do państwa fabryk ze specjalnym centrum operacyjnym w Santiago. Miały tam trafiać najważniejsze informacje dotyczące poziomu produkcji. Komputer i planiści mieli je analizować i dawać fabrykom wytyczne. Ostateczna decyzja należała jednak do opartych na radach zakładowych dyrekcji fabryk.

Był to więc pomysł zupełnie odmienny od znanego ze Związku Radzieckiego (i kopiowanego w innych demoludach z wyjątkiem Jugosławii) hierarchicznego ręcznego sterowania gospodarką. Eksperyment nigdy nie miał jednak szans sprawdzenia, bo w 1973 r. rząd Allende został obalony przez wojskowych wspomaganych przez CIA. A utrzymany w stylistyce „Star Treka” pokój operacyjny z superkomputerem puczyści wysadzili w powietrze.

Model sowiecki w firmach

Oczywiście oba te przykłady można zbywać jako utopijne. Nie można tego już jednak powiedzieć o centralnym planowaniu stosowanym na co dzień w gospodarkach kapitalistycznych. I to na przeróżnych poziomach. Planują rządy. A dzieje się tak wówczas, kiedy najpierw wyznaczają sobie długofalowe cele polityczne. Na przykład osiągnięcie pełnego zatrudnienia albo podniesienie poziomu produkcji. A potem do realizacji tych celów dopasowują politykę fiskalną, przemysłową albo monetarną.

Pokłosiem takiej świadomej polityki jest na przykład restrykcyjna polityka przyjmowania kapitału zagranicznego (pod określonymi warunkami) stosowana przez wiele zachodnich państw. Albo realizowany w 50-letniej perspektywie koreański program informatyzacji kraju, hongkoński plan walki z korupcją albo amerykańskie projekty R&D. Czy – by nie szukać daleko – niemiecka Energiewende, a więc przestawianie się na odnawialne źródła energii.

W kapitalizmie planują jednak nie tylko państwa, lecz również firmy. A gdyby tak przypatrzeć się sposobom działania władz większości korporacji, to znaleźć tam można uderzające analogie nie tylko z centralnym planowaniem jako takim, ale wręcz z jego najostrzejszą wersją sowiecką (jasna hierarchia, brak autonomii decyzyjnej oddziałów, obsesyjna koncentracja na wynikach, nieefektywność). Ekonomista z Berkeley Bradford DeLong postawił kiedyś tezę, że większość transakcji wewnątrz zachodnich gospodarek przechodzi właśnie przez ten nakazowo-rozdzielczy system korporacyjny.

Jakby tego było mało, planują nawet ci, którzy z jakąkolwiek koncepcją centralnego planowania najbardziej zaciekle walczą. W końcu wprowadzony do polskiej konstytucji z 1997 r. hamulec zadłużeniowy też był rodzajem myślenia długofalowego. I miał na celu wyjęcie politykom z rąk narzędzi potrzebnych do prowadzenia aktywnej polityki gospodarczej. Albo idący w podobnym kierunku traktat z Maastricht. To też było przecież planowanie.

Jak się więc temu wszystkiemu tak lepiej przyjrzeć, to okaże się, że planują wszyscy i cały czas. I robią to, choć wiadomo, że wszystkiego zaplanować się nie da. A kurczowe trzymanie się tego, co zaplanowane, rodzić może skostnienie i fundamentalizm. Ale planują. Bo wiedzą, że brak planowania też nie jest lepszym rozwiązaniem. A może nawet jest rozwiązaniem jeszcze gorszym.

W kapitalizmie planują nie tylko państwa, lecz również firmy. A gdyby tak przypatrzeć się sposobom działania władz większości korporacji, to znaleźć tam można uderzające analogie nie tylko z centralnym planowaniem jako takim, ale wręcz z jego wersją sowiecką (hierarchia, brak autonomii decyzyjnej, obsesyjna koncentracja na wynikach, nieefektywność)