Niedawno jeden z ekonomistów (nazwiska nie wymienię, bo nie wiem, czy mi wolno) zwrócił uwagę na pewną zaskakującą zbieżność. To, że libertarianin nie lubi państwa, jest oczywiste. Państwo jest jego zdaniem tworem nie tylko autorytarnym, lecz także marnotrawnym. I dlatego należy wykorzystywać każdy pretekst do wypchnięcia jego macek z gospodarki. Ale jak się nad tym tak głębiej zastanowić, to przecież również komunizm zrodził się w kontrze do państwa. Dla Marksa państwo było przecież narzędziem służącym klasom posiadającym do utrwalania niewolniczego wyzysku robotników. Ta niechęć była tak głęboka, że nawet po zdobyciu władzy komuniści nie ufali w ideową czystość aparatu państwowego. Dlatego nad państwem postawili partię, która miała go pilnować. Nieprzypadkowo więc w krajach demokracji ludowej numerem jeden był pierwszy sekretarz, a nie premier.

Idąc tym tropem, okazuje się, że to dopiero początek podobieństw. Dostrzegł je również norweski socjolog Jon Elster, jeden z najważniejszych współczesnych interpretatorów Marksa. Pisze on, że dla autora „Kapitału” w idealnym społeczeństwie każda jednostka powinna mieć prawo i możliwość pełnej i nieskrępowanej samorealizacji. Toż to przecież główny argument radykalnych libertarian. Różnica polega tylko na tym, że libertarianin za główną przeszkodę na drodze do samorealizacji uważa np. obciążenia fiskalne. Marks z kolei za główne narzędzie zniewolenia uważał wyzysk ekonomiczny. Czyli de facto obie szkoły mówiły o tym samym. Tylko że libertarianin patrzy na rzeczywistość oczami dobrze sytuowanego przedstawiciela klas wyższych. A komunista jest adwokatem tych z dolnych szczebli drabiny społecznej.

Angielski publicysta ekonomiczny Chris Dillow zwraca uwagę jeszcze na jedną kwestię łącząca dwa – z pozoru jakże odległe – obozy. To znaczy na fundamentalną niezgodę wobec tego, co jest. Czyli wobec realnie istniejącego kapitalizmu. Który zawsze będzie jakąś formą kapitalizmu kolesi. Czemu dziwić się nie można, skoro kapitalizm generalnie polega na tym, że wszystko można kupić. A więc kupić można również władzę i wpływy. Efekt jest taki, że zarówno twardzi marksiści (u nas jest ich z powodów historycznych niewielu), jak i fundamentalistyczni libertarianie nie cierpią tak keynesistów, jak i liberałów. Uważają ich bowiem za centrowych mięczaków, którzy chodzą na pasku rozmaitych grup interesu. Od związków zawodowych po sektor finansowy. To oczywiście działa w obie strony. Bo zdaniem umiarkowanych liberałów oraz keynesistów libertarianie i komuniści to niedopasowani do życia wyznawcy niebezpiecznych utopii.

Ciekawe jest też to, że choć formalnie (i dla porządku) dzielimy sobie debatę ekonomiczną na prawicę i lewicę, to często odbywa się ona właśnie po liniach centryści kontra radykałowie. Ot, choćby kwestia dochodu podstawowego, czyli pomysłu guru libertariańskiej szkoły chicagowskiej Miltona Friedmana (pod nazwą negatywnego podatku dochodowego). Który w jego koncepcji miał być automatycznym mechanizmem redystrybucji i uczynić państwo dobrobytu niepotrzebnym. A pod którym marksista też mógłby się spokojnie podpisać. Inaczej niż centrowy liberał albo keynesista, którzy będą pewnie dowodzili, że taki pomysł zniszczy zachęty do pracy albo będzie prowadził do niebezpiecznych budżetowych konsekwencji.

Warto czasem i tak (z ukosa) spojrzeć na nieprzekraczalne, zdawałoby się, podziały ideowe. Bo one nigdy nie są tak naprawdę nieprzekraczalne.